poniedziałek, 30 kwietnia 2018

O nie! Zaś ta zima... ❆⛄❆


Jak tak można pokazywać tą straszną, ponurą zimę...my chcemy oglądać barwy wiosny. Mamy już dość śniegu, zimna, szarego nieba. Jak tak możesz...

❆❆❆

Drodzy moi, przybywam dziś do Was z zimą u boku. Pewnie wielu z Was powiedziałoby jej: ' A idź mi stąd!', ale nie ja. Jam fanka zimy, a widoki takie, jak w tym poście zaprezentowane są radością dla mego serducha. Jako żem wierna sobie, zaprezentować Wam ten post postanowiłam. Nie bez obaw, aczkolwiek wiem, że niemal wszyscy cieszą się wiosny pięknem.

Aga lubi zimne klimaty, Zofia woli upalne lato, a Stach ma wszystko gdzieś. Każdy inny i tak jest dobrze. Jakiś mi tu zaś dziwny tekst powstaje... Ja chyba powinnam opisywać wyprawę na szczyt Równica (skromne 884,6 m n.p.m.)





A więc to my:    (bo też któż by inny hehe)



Wspinaczka wyglądała mniej więcej tak:

'Zaraz szału dostanę'
'Umieram'
'K**** jakoś za stromo'







Przyznając się, bo na szczerości opiera się ten blog, tak właśnie wyglądała ta wyprawa. Żeby nie było, świetnie się bawiłam. haha

Musiałam być zabawna dla ludzi, bo wybuchali radosnym śmiechem, co i mnie rozbawiało. W rezultacie wszyscy się śmialiśmy.

Mam w sobie dużo z dziecka. Dla mła zima jest jak bajka. Widzę ją jak dziecko, jest baśniowo. Śnieg ozdabia świat, mogę się nim pobawić. Zimno pozwala mi się przyjemnie otulić kocem.





Wielu ludzi nie potrafi zrozumieć mojej fascynacji tą porą roku, ale to nie jest ważne. Moja przyjaźń z zimą jest piękna i to się liczy. Ja widzę jej urodę, ona cieszy się, że ją cenię. Obie jesteśmy szczęśliwe, ciesząc się swoim towarzystwem.



Wspaniale było obserwować rodziny całe. Na szczycie samym była taka jedna rodzinka. Dziecko + matka + ojciec, wszyscy na dupolotach tak zwanych zjeżdżali ze szczytu. Można to zrobić i następnym razem i ja przyłączę się do tej zacnej zabawy.

Ależ oni byli radośni. Matki szczęście rozprzestrzeniało się wszędzie. Uśmiechałyśmy się do siebie w zrozumieniu. Scena ta była dla mnie prawdziwym cudem. Oni, rodzice zacni potrafili  cieszyć się jak ich własne dziecko, o ile nie bardziej.



Piękne to były chwile, widoki zapierały dech w piersiach. Dziękowałam Bogu za to, że mogę całe to piękno zobaczyć na własne oczy. Dziękowałam za stojącego obok hermano, za aparat, który uwieczniał te bezcenne chwile. Dziękowałam za wszystko. Tak często zapominamy, ile cudów nas otacza. Im częściej dziękujemy, tym więcej widzimy. Ja tak robię i widzę, ileż wcześniej przeoczyłam. Oczy czasami tak zaślepione, a cudów, pięknych prezentów każdego dnia dostajemy ogrom.







Dziękuję również mojej przyjaciółce Zimie. Tym skromnym postem chcę wyrazić wdzięczność za jej piękno, zupełnie nieobce dla mego serca.

Obiecuję Wam, następny post będzie z całą paletą barw. Ten jednak powstał z potrzeby serca. Nie ważne czy Zosia, czy Stach cenią moją przyjaciółkę Zimę, ja ją kocham.




Całe stado owiec może iść za pasterzem.
Znajdzie się i ta, która postanowi oddzielić się od stada.
Coś ją woła, coś ciągnie na ścieżki zupełnie jej nieznane.
Niech idzie, widocznie droga jej jest inna.
Każdy ma przecież swoją.


AK



Do następnego moi drodzy. Dziękuję za Was codziennie.














Tak, Dinko zawsze z nami. <3



niedziela, 8 kwietnia 2018

Cześć, jestem Timmi. 🐾

Zdjęcie: Kasia Łukaszewska
🐶Spójrzcie na mnie, czyż nie jestem uroczy... No raczej tak, skoro znalazłem prawdziwą rodzinę. Moje imię to Timmi, mam lekko ponad dwa lata. Lubię jeść, zjadłbym tą ślicznie pachnącą pomadkę mojej pani. Wszystko, co ładnie pachnie, zjadłbym. Lubię ślimaczki, stare kości. Nie wiem, czemu państwo są źli, kiedy to jem. Kocham spacerki. Czasami wydaje mi się, że za bardzo ciągnę i państwo ledwie idą, ale to nie może być prawda. Jestem taki słodki, taki mały, taki kochany. Resztę opowie moja pani.
🙝


Jaka pani? Jestem Twoją rodziną głuptasku.
Moi drodzy stało się...do naszej rodzinki dołączył Timmi, czasami nazywany Tymoteuszem, szczególnie kiedy coś przeskrobał. hehe

Nie było łatwo. Wybieraliśmy długo i nie dlatego, że nie potrafiliśmy znaleźć odpowiedniego psiaka, przyczyną był czas.
Jeden płacze za czworonożnym przyjacielem chwilę i bierze kolejnego, my chcieliśmy przejść najcięższy czas żałoby i po tym okresie dopiero wziąć pieska. Inaczej nie potrafiliśmy. Zresztą wielu z Was wie, jak Dino był i jest dla nas ważny.

Jakiś czas temu hermano pokazał mi zdjęcia psa. Zaznaczył, że właśnie go chce. Ja nie byłam pewna, ale decyzję zostawiłam bratu.
Coś jednak zaczęło i mnie przyciągać do tej psiny. Nie wiem co, to było...może jego radość na fotkach, może fakt, że jest nieco walnięty, jak to pisało:
' Pies z widocznym ADHD...'.



Ociągaliśmy się z wizytą w schronisku. Za wczas, za ciężko, sami nie wiedzieliśmy. Nagle do hermana zadzwoniła nasza ukochana pani weterynarz z zapytaniem, czy nie zawieźlibyśmy koców do jednego ze schronisk. Poczułam ciepełko w sercu. Wiadomo, jedziemy do Rudy Śląskiej tam, gdzie jest Timmi.


Jak wyglądało nasze pierwsze spotkanie? Hermano od razu wiedział, że tak, to TEN pies. Ja wchodząc do schroniska, nie byłam niczego pewna, poza tym, że chcę go zobaczyć. Zbliżyliśmy się do klatki, wyszedł jegomość i boom boom boom...serce zaczęło mocniej pikać. Chcę tego wariata.

Jak to hermano powiedział: ' To będzie brat Dinusia'.



Timmi był pod opieką stowarzyszenia. Przeszliśmy dwugodzinną wizytę przed adopcyjną. Spodobaliśmy się...jupiju. Jak to powiedziała właścicielka stowarzyszenia: ' Timmi trafił jak pączek w masełko'.





↑Tu nasza druga wizyta w tym schronisku. Timmi nie wraca za kraty. Biegiem wskakuje do auta, przesypia niemal całą drogę. Pędem wbiega do mieszkania i pełen radości po nas skacze. On to lubi skakać na ludzi.

🐶Ja się witam. Cieszę się, że mam rodzinę, że jestem wolny.





Długie spacery, radosne chwile i chap...a to nicpoń. Ja się z nim bawię, a on moją rękę w paszczę i zaciska. Darłam się z bólu na całego. Darłam się przez parę minut! Ból straszny. Jadę na pogotowie. Na początku wydawało się, że to mała ranka. Palec zaczął strasznie puchnąć, cały siny, rana zaczyna wyglądać naprawdę źle.
Dzięki Bogu nie do szycia. Opatrunek na cały palec, no i zastrzyk przeciwko tężcowi. Cały tydzień byłam jak człowiek wycieńczony. Timmi ugryzł mnie centralnie w staw, to też ból był spory, o zginaniu nie wspominając.
Pojawił się lęk. Timmi przerażał, psy przerażały.
Jednak ten nicpoń był taki smutny, tak bardzo się starał wszystko naprawić.

Skończyło się tym, że  tulę go z całych sił, głaszczę po brzuszku, wspieram, kiedy jego ulubieniec hermano wychodzi. Ależ on ukochał mojego brata.



Timmi jest z nami niemal miesiąc. Dużo radości wnosi. Jest szurnięty, jest większy, niż może się wydawać. Nie noszę go na rękach, za ciężki. Podobny do wilka, do misia. Szybko się uczy i okazuje miłość na każdym kroku.



Nie jest tak, że zmniejsza on naszą tęsknotę za Dinkiem, bo to niemożliwe. Timmi to nowy członek rodziny, brat Dinusia. Damy mu, co najlepsze.

🐶Zapomniałaś wspomnieć o moich wspaniałych oczach. Jak mogłaś... Jedno mam brązowe, drugie wygląda jak chmurka.

Tak, tak...masz bajeczne oczy, a jaki z Ciebie przytulas i gryzak. Za hermano to ty wszędzie chodzisz. No i gdzie teraz jesteś, kiedy ja to piszę... Oczywiście w kuchni, razem z hermano gotujesz. ;)

Wraz ze wzięciem Timmiego rozpoczęliśmy nowy rozdział. Wraz z ugryzieniem, ja otworzyłam jeszcze szerzej oczy i umysł. Rana się pięknie goi, chora nie jestem. Doceniam, doceniam jeszcze bardziej. Wstaję rano, otwieram oczy i widzę dwa wielkie drzewa. Niebawem pojawią się na nich małe listeczki. Moja rodzina jest przy mnie, a Timmi wskakuje na łóżko, bo czas oczywiście na pieszczoty. Przyjaciółka niezastąpiona, pasje, marzenia, zdrowie, kochane zdrowie. Mam wiele. Ból zmienił się w dar, który pozwolił mi dostrzec więcej. Kolejna lekcja życia, myślę, że zaliczona na dobrą ocenę.



Do następnego moi drodzy. Na końcu takie oto przesłanie. Poczułam, że właśnie tymi słowami chcę zakończyć ten post.


Czasami goniąc  za przyszłością, nie widzisz, że masz wszystko, co do szczęścia potrzebne. Czasami chcesz za dużo, a to nie ilość definiuje szczęście, TO JAKOŚĆ.







piątek, 16 marca 2018

Tajemniczy wózek. 🛒



DZIEŃ 1 (rozmowa Agi z hermano)

A: Kiedy pojedziemy w góry?
H: Jak się ociepli.

DZIEŃ 2

A: Padam już w tym mieście. Potrzebuję świeżego powietrza. Może pojedziemy w jakieś góry?
H: No może...
A: Naprawdę???
H: Nie.

DZIEŃ 3 (a może nawet i ósmy)

A: No zdycham. Nudzi mi się. Potrzebuję odskoczni. Potrzebuję zobaczyć coś nowego. No weź...pojedźmy w jakieś góry. Wiem, że będziemy fajnie się bawić.
H: Przecież możesz jechać sama.
A: :(((

JAKIŚ INNY DZIEŃ

H: To, co...jedziemy jutro w góry?
A: No wreszcie. :D


🌲 Soszów Wielki 🌲


Usatysfakcjonowana Aga siedzi sobie w busie. Widoki wreszcie inne. Tu jezioro, tam las oświetlany przez promienie słońca, a za lasem już widać piękną, tak dumnie stojącą górę. Czysta radość.
Chwila! Coś tu za sielsko, za dobrze...podejrzane.

Zaczynam się źle czuć. Za ciepło, za duszno. Słabo mi, źle mi się oddycha.
Pytam: 'Daleko jeszcze?', nie... Jednak te 'nie' jakieś takie długie było.
Zostajemy sami w busie, zaczynamy się wygłupiać, jak to rodzeństwo. Nagle jedno wielkie beknięcie. Tak, beknięcie. Kto pisze o takich sprawach, a no ja. Toż to ludzkie. Śmieszył mnie widok kierowcy, ale przynajmniej zaczynałam czuć się lepiej.

A oto jak prawdziwi wielbiciele wspinaczek górskich zaczynają swoją drogę. Dwa żarłoki. 😆


Postanowiliśmy palić znicze Dinusiowi wszędzie, gdzie jesteśmy. Tu zapaliliśmy (Wisła), a także w Mosznej, Cieszynie, na Równicy i wielu innych miejscach. W ten sposób zabieramy go w podróże. Dla nas to piękne i bardzo ważne. Miłość to miłość.


Jak zawsze musiałam obiecać: ' Tak, tym razem nie będę co chwilę stawać, by zrobić zdjęcia'.
Początek trasy, minuta wędrówki.
'Agaaaa...co ty robisz?'
'No wybacz, ale to takie ładne, musiałam. Czekaj, jeszcze sekundę...już chwilkę'. Zdjęcie zrobione. ;)


Na początku trasa prowadzi przez miasto. Nic specjalnego, no może poza stertą śmieci na każdym rogu. Patrzymy, a tam Wyciąg Soszów. Przed nami, na wyciągnięcie ręki. Jednak według przewodnika powinniśmy iść dalej. Omijamy wyciąg, mimo że tam właśnie mamy się znaleźć. Jakaś dziwna ta trasa. Dzięki Bogu za Google Maps.





Wchodzimy w jakąś tajemniczą uliczkę. Ma zapach staroci. Jest tam dość ponuro. Czuję się, jakbym była na jakimś planie filmowym. Ciekawe, jeszcze nie czułam takiej atmosfery. Fajnie poczuć coś nowego.





Zaczyna się! Okay...stromy odcinek. Damy radę. Było stromo praktycznie cały czas. Zero łagodniejszych podejść, dopiero przy samym szczycie. Spójrzcie, toż tryskam energią.



Wędrówka przyjemna. Wolę wspinać się, kiedy jest zimniej, latem pot zbyt zalewa mi widoki. haha
Stop! Coś mnie obserwuje. Patrzę w prawo. Uff...to tylko mały, czarny kotek.


Mijamy wędrowców, radośnie się witamy. No wreszcie punkt widokowy. Z uśmiechem na twarzy wołam do hermana: 'Patrz, jakie widooooo.....'. BOOM.
Leżę dupskiem w błocie. Marcin podaje mi rękę i oboje wybuchamy śmiechem. Umazana, nieco obolała, a śmiałam się na całego. Miejsce upadku:



Po krótkim odpoczynku idziemy dalej. Las prześliczny. Ni to zima, ni to jesień. 


Patrzę pod nogi jeszcze uważniej. Naprzeciwko skaczą sarenki. Jakie masywne piękności. Gdzie był aparat...wyłączony, typowe.
Widok pięciu sarenek, bawiących się w lesie bardzo nas ucieszył. Jednak nagle przed nami znalazł się...wózek dziecięcy. Grozą zaleciło po sekundzie. Cóż w środku lasu, na takim pustkowiu, na takiej wysokości robi wózek dziecięcy...


Jest podniszczony. Nie widać, czy coś jest w środku. Wyobraźnia zaczyna działać. Rozglądamy się we wszystkie strony. Biorę kij i idę przed siebie. Nagle zza drzew wyłania się jakaś postać. Idzie szybko, to mężczyzna. Serce mi wali jak oszalałe. Idę na niego z tym kijem, a to...oczywiście starszy pan, wędrownik o miłym uśmiechu.
Obok wózka przeszliśmy jak torpedy. Widzę na zdjęciu, że jest tam przyczepiona jakaś kartka, coś jest napisane. Nie mam szans na odczytanie, zdjęcie jest zbyt zruszone, co tak ręce mi się trzęsły. hehe

Nagle zrobiło się lżej. Droga przyjemna. Raz jesienią zapachniało, a raz zimą. Czasami nawet latem.




Z Soszów Mały to tylko chwilka, aby dojść na Soszów Wielki. Ino nie po jednym wielkim lodowisku. Trochę się namęczyliśmy.



Zasapana spoglądam w górę, a tam jakiś śliczny turkusowy domek. Pstryk.
Jak możecie zobaczyć poniżej to WC, a nie chcecie wiedzieć, co było w środku.


Szczyt zdobyty. Kochamy wspinaczkę górską, kochamy te widoki. Na szczycie byliśmy tylko my. Zabawne to było, wiele nas cieszy.



Drogi powrotnej nie fotografowałam. To dopiero była przygoda. Zejście w dół było tak oblodzone, że pozycje, jakie wykonywaliśmy, by zejść bezpiecznie, mogłyby rozśmieszyć każdego ponuraka.
Był też piękny koń, był uroczy zachód słońca w barwach ukochanego fioletu, był bieg, by zdążyć na autobus. Była też satysfakcja i ogrom energii. Serca uradowane i o to chodzi.


Dodawaj tyle barw do swojego życia, ile tylko potrafisz.
Pisz tak ciekawe rozdziały swojej książki, jak tylko potrafisz.
Stwórz coś pięknego, wartościowego tak, jak tylko potrafisz.


Do następnego kochani moi.