niedziela, 4 grudnia 2022

Akcja R O Z S Z E R Z A N I A.

 


Gdyby ofiarowano mi setki ludzi w zamian za Ciebie, odmówiłabym.

Gdyby zaoferowano mi miliony, życie w dostatku, odmówiłabym.

Odmówiłabym, gdybyś Ty był w zamian za to wszystko.

Mój drogi bracie. 

🙟

Nie ma to, jak zacząć wycieczkę od wejścia do nie tego busa. Jechać dwa razy dłużej i to w ścisku, gdzie ledwie łapiesz oddech, a twoim jedynym marzeniem jest wysiąść. ;) Czas umila Ci grupka znajomych w wieku średnim, opowiadająca na cały głos, jak to fajnie było się uwalić już o 15:00 i chlać do rana, jadąc busem po nowe piwko.



Do tego za plecami masz Pana o niezwykłej skromności, który potrafi słuchać, jak to sam stwierdził, a jego skromność jest wręcz wrodzona, niesamowita.

Jego znajoma, nazwijmy ją: 

Pani: Wiesz, pracuję w przedszkolu i ...

Pan: No fajnie. Ja to dopiero pracowałem. Pracowałem, wiesz, na takich zwykłych stanowiskach. Byłem w zarządzie, owszem. Decydowałem o ...

Byłem ceniony, potem awansowałem i zbudowałem to i tamto, wiesz nic takiego.

Pani: A tu...

Pan: Ale też robiłem jako kierownik, wiesz, byłem odpowiedzialny...

Pani (już w innym momencie rozmowy): Ostatnio zaczęłam ćwiczyć, chodzę...

Pan (z szybkością światła): Ja też ćwiczę, ale teraz mało. Choć trzy miesiące temu brałem udział w maratonie, zająłem trzecie miejsce. Kiedyś to nawet wygrałem, dostałem medal, a w roku...

Teraz to mało się ruszam. Wiesz, dziennie po 20 km biegu, chodzę też na siłownie...

Bla bla bla

Ten sam Pan zaczął rozmowę z nowo przybyłymi ludźmi, było to małżeństwo, które o coś zapytało.



Nasz zacny Pan odpowiedział miło, a następnie powiedział do męża żony, te zacne i przemiłe słowa człowieka z klasą: 'A Pan to raczej nie chodzi po górach. No trochę Pan waży, ma Pan sporo masy. Żona to pewnie co innego, ale Pan...'

Mąż żony jednak 'zmiótł' naszego czułego bohatera:

'A mylisz się Pan, chodzę po górach od dawna. Żona tak nie chodzi, ale też daje radę'.

Żona potwierdziła. Pan już nie mówił.

To była całkiem ciekawa przejażdżka busem, który jechał dwa razy dłużej.



Nie będę się rozpisywać dokładnie, jaką trasą szliśmy, ale to musicie wiedzieć, co zaraz napisać zamierzam.

Mój aparat całkowicie już nawalił, każde zamieszczone tu zdjęcie to była walka, tym bardziej jestem z nich dumna. Wy też bądźcie dumni z każdej wygranej, choćby to było niezjedzenie cukierka...ja dziś zjadłam dwa. :D






Wracając.

Zauważyłam fioletowy kwiatek, a ja kocham fiolet. Brat ustawiał samowyzwalacz na telefonie, by zrobić wspólne zdjęcie. Ja w tym czasie owo fioletowe cudo przyuważyłam, za cicho to oznajmiłam. Przyklękłam za bratem, on tego nie widział, potknął się o mnie i tak właśnie leżałam dupką na ziemi w liściach. 



W tej dzielnicy upadłam. :D

Moi drodzy, podnieść się łatwo nie było. Lądowanie dość miękkie, ale ze śmiechu było podnieść się bardzo, ależ to bardzo ciężko.

Czy uznaliśmy to za  świetne wspomnienie na później? Wiadomo.

Latami wspominam zabawne przewroty, upadki, rozkroki, poślizgi. Coś, co kiedyś odbierałam za przysłowiową siarę, teraz mnie bawi. :)





Była to wyprawa bardzo mi potrzebna. Praca wykańczała, a sił brakowało. Wiedziałam, że wyprawa z moim bratem mnie postawi na nogi. To on często mi pokazuje, ile posiadam. Jest ze mną, kiedy płaczę, krzyczę, podejmuję decyzje te dobre i złe. Jest ze mną i nigdy mnie nie opuścił. Sprawił, że ta wyprawa napełniła mnie nową siłą. Każdy z nas ma chwile dłuższe bądź krótsze, chwile, w których opadamy z sił. Mój brat jest Aniołem, który podaje rękę, karci, kopnie w zad, pochwali, pomoże zrozumieć, ile jesteś wart.


Jesteśmy przyjaciółmi, rodzeństwem, które jest dumne z tego, że słowo 'rodzeństwo' w ich wydaniu oznacza wielką miłość. :) Wiem, kiedyś już to pisałam. 



No, ale dobra, co ja będę mu tak słodzić. Tu trzeba wspomnieć jeszcze o czymś, a mianowicie:

ZOSTAŁAM POMYLONA Z BIEDRONKĄ...

Tak, dobrze przeczytaliście.

Idziemy sobie, piaszczysta ścieżka, kamieni sporo, uśmiech. Naprzeciwko idzie kobieta z córką i nagle słyszymy:

'O patrz, tu są biedronki'.

Ja kocham biedronki, to też rozglądam się w koło z miną 'dawać mi je tu'. Marcin robi to samo.

Tylko że matka córki, jakoś tak zabawnie na mnie patrzy, wtedy zrozumiałam.

Oto moje biedronki haha:



To jeszcze nic, pozwolę sobie przytoczyć wspomnienie, kiedy to byłam w Kołobrzegu.

Ubraną miałam chustę na głowę, weszłam na statek, usiadłam i nagle dziecko zaczęło się na całe miasto drzeć:

'MAMO, PAAATRZ! TAM JEST PIRAT.

MAMOOOO, PIRAT, WIDZISZ, PIIIRAT.'

Palcem na mnie wskazywało, tak palcem. Aj ta sława. :D

Nie muszę wspominać, choć wspomnę, że 'roztapiałam się' z zachwytu królową jesieni, jej pięknem i tajemniczością.












Na szczycie- tu mam zamiar oczywiście wrzasnąć do pokoju obok, bo oczywiście nie pamiętam nazwy, krzyczę, naprawdę to robię:

'Marcin, jaki to był szczyt?'

'Soszów'.



No to już wiecie i ja też. ;D

Także na tym uroczym szczycie górskim zwanych Soszów na chwilę sobie usiedliśmy.

Brat: 'Idź się wysikać, bo przecież ci się chciało, a jeszcze droga powrotna.'

Ja: 'Ależ już mi się nie chce'.

Kto tak miał? Nagle się zaś chce, ale już daleko od WC. No i się zaczęło. To był wręcz bieg, bo bus zaraz, bo siku, a ja w krzaki nie pójdę, za dużo ludzi i na bank akurat mnie użre kleszcz, toż to pewne.

No to bieg.



Spóźnienie na autobus zaliczone, czekanie na nowy, ale jednak z tym, co najważniejsze...z uśmiechem, nie tylko widocznym dla innych, ale też tym, które czujemy w sercu.

Każda chwila z ukochanymi jest ważna. Ten bieg do łazienki, pochylenie się nad konikiem polnym, zjedzenie czekoladowych rogalików... nie zmieniłabym tych chwil na nic innego.

Każda mini sekunda spędzona z ukochanymi jest naszym błogosławieństwem i czymś, czego nigdy nie pożałujemy. Szerzmy miłość, uważność, dobroć. Może nie mam wielkich wpływów, ale czy to nie oznacza, że nie mam wpływu na nikogo, nie.

Wy mi to udowadniacie, co bym tu nie napisała, Wy pokazujecie mi, że jednak jakiś ten wpływ mam. Dziękuję Wam za to i mam nadzieje, że Wy też czujecie to samo- wpływacie na mnie, nawet nie wiecie, jak dobrze wpływacie. :)

Szerzmy dobro serc, siłę miłości. <3










niedziela, 13 listopada 2022

A może, by tak coś ukryć?

 


Dawno do Was nie pisałam, tak 'od czapy', co mi tam się zechce. Zobaczymy, co powstanie.


Właśnie wyszłam z kąpieli, piszę ze swojego łóżka, w pidżamie z wielkim, białym misiem na froncie. Po lewej mam telefon, na którym puściłam Mozarta, a nieco dalej na meblach pali się świeczka. Spędziłam dzisiaj bardzo miło dzień. Dużo spacerów, zakupy z Madre, nawet sprzątanie pokoju było jakieś takie relaksujące. Nie, żeby wszystko było takie idealne, zmagam się tu z różnymi problemami, ale nie pozwolę, by one zasłoniły mi całą resztę. 

Mam zasadę.

Jak więcej złego Cię spotyka, tym więcej dobrego szukasz.

Tak, wiem, że to bardzo trudne bywa, czasami niemal niewykonalne, ale zasady się trzymam i mam nadzieję, że to się nie zmieni, bardzo się o to staram.







Dziś na porannym spacerze mój drogi Hermano (brat) powiedział:

'Spójrz, co tam leży'- wiedział co nastąpi.

Na trawie znalazłam dwie dalie, jedną nawet z łodygą. Właśnie na nie spojrzałam, są na stole z prawej. Jedna jest w moim ukochanym fiolecie, a druga jest czerwona, choć ja dostrzegam też odcień pomarańczowego. Trzymanie tych dwóch darów spowodowało, że uśmiech nie schodził mi z buzi.



Ze mnie to taka zbieraczka. 

Leży liść- jest już mój.

Leży ciekawa gałązka- jest, wiadomo, no moja.

Kocham ozdabiać pokój naturą, a skoro leży, a ja widzę w tym cud, to zwyczajnie dziękuję i biorę. Także rozglądając się teraz po pokoju, mogę dostrzec jarzębinę, kasztany, żołędzie, bliżej nieokreślone kulki i takie tam. Ja to odbieram jako prezent od Matki Natury.



Pamiętam bardzo radosną chwilę. Pracowaliśmy z Hermano na ogródku przed zakładem pracy. Było zabawnie, a jak nas owady goniły... To były takie mutanty natarczywe. Chyba były złe, że wtargnęliśmy  na ich teren- także wybaczam. :D

Marcin mówi do mnie:

'Aga, patrz, co znalazłem.'



Moje oczy rozbłysły. Wśród znalezisk był dąb, takie dzieciątko. Jak niby mam to wyrzucić, nie ma mowy! Jest na balkonie, nieco urósł, obawiam się zimy, ale będę o niego walczyć, a potem zasadzę w lesie. No nikt mi nie wmówi, że to nie był dar. hehe 

Może uda się uratować życie, bo dąb to życie.

Zdjęcia umieszczone w tym poście są z naszego balkonowego ogródka, mojego i Mamy.








Robiąc sesję, stwierdziłam, że chcę się nieco pobawić. Tak sobie pomyślałam, tyle dziadostwa wkoło. Ileż ja głupot się nasłucham, ile debilizmu zobaczę... 

Może, by tak dodać chwili tajemniczego czaru. Tu schować żołądź, tam położyć mały kluczyk.



Zaczęłam się bawić, jakby w podzięce za ten ogródek, za bliskich, za życie, jakie posiadam.

Wszyscy wiemy, że nic nie jest stałe (wiecznie takie samo), nic nie będzie trwało wiecznie, dlatego właśnie warto dziękować za dary.






Niedawno postanowiłyśmy z Sylwią wybrać się na 'białe przyjęcie'. Wszyscy musieli być ubrani na biało. Weszłyśmy do dużego namiotu, miałyśmy stół na samym końcu, daleko od sceny. Najpierw pomyślałyśmy, że tak trochę niefortunnie, ależ się myliłyśmy.

Poznałyśmy sześć ciekawych kobiet, wszystkie znacznie starsze od nas. Jakież one były pełne życia, pasji, jakie otwarte na drugiego człowieka.

Zjadłyśmy pyszne ciasto, pośmiałyśmy się, było niesamowicie.

Czuję, że jeszcze się spotkamy. ;)

Ta roślinka poniżej jest prezentem podarowanym za przybycie na ten zacny 'biały wieczór'. Cieszę się, że ktoś dba o pszczoły, myśli o nich i obdarowuje miododajnymi roślinami.



Sadząc, dbając, dajemy życie.

Przyszło mi na myśl kolejne wspomnienie.

Obróciłam się, właśnie tego dnia, kiedy robiłam te zdjęcia. To nie był zwykły obrót, to był wyjątkowy obrót. Wkoło mnie przeleciała biedronka, a potem kolejna i kolejna, były ich setki. Dla mnie to była chwila wręcz bajkowa. Biedronki szkód nie zrobiły, przywitały się i odleciały.



Mam tu jedną blogerkę bratnią duszę, co boi się biedronek, fotek tym razem nie dam. ;D Zresztą i tak nie mam, byłam zbyt zapatrzona. Chcę, tylko byś wiedziała, że o Cia pamiętam. Ja czytam, co piszecie moi drodzy, czytam i cieszę się, że mogę poznawać coraz lepiej.




No i teraz nastąpił moment, w którym poczułam, że się zagubiłam w pisaniu i niech tak będzie.

Mam nadzieję, że to pisanie, co mi tam się zechce, będzie dla kogoś relaksujące, ważne.

Może, by tak schować coś miłego pod ławką, może ktoś znajdzie i uzna to za dobry znak? Hm, może warto schować...



Może pokazać komuś coś, co zaczyna być zapomniane?

Może zrobić coś 'od czapy', by ktoś inny odzyskał radość życia?

Takie pytania sobie zadaję, sobie i Wam.

Ja chyba zrobię coś wyjątkowego, wyjątkowego nie oznacza nic szczególnego. Choć czy podanie komuś kwiatu z własnego ogrodu nie jest szczególne? Może sąsiadka się uśmiechnie...







Dziękuję za czytanie, choć piszę tak bez namysłu. To, co czytacie, to Ja, a przecież drugiej Mnie nie ma i nie będzie, tak samo Ciebie.

Dziękuję, że moje Ja do Ciebie trafia i jest przyjmowane.

Jesteście moją inspiracją. <3