niedziela, 8 kwietnia 2018

Cześć, jestem Timmi. 🐾

Zdjęcie: Kasia Łukaszewska
🐶Spójrzcie na mnie, czyż nie jestem uroczy... No raczej tak, skoro znalazłem prawdziwą rodzinę. Moje imię to Timmi, mam lekko ponad dwa lata. Lubię jeść, zjadłbym tą ślicznie pachnącą pomadkę mojej pani. Wszystko, co ładnie pachnie, zjadłbym. Lubię ślimaczki, stare kości. Nie wiem, czemu państwo są źli, kiedy to jem. Kocham spacerki. Czasami wydaje mi się, że za bardzo ciągnę i państwo ledwie idą, ale to nie może być prawda. Jestem taki słodki, taki mały, taki kochany. Resztę opowie moja pani.
🙝


Jaka pani? Jestem Twoją rodziną głuptasku.
Moi drodzy stało się...do naszej rodzinki dołączył Timmi, czasami nazywany Tymoteuszem, szczególnie kiedy coś przeskrobał. hehe

Nie było łatwo. Wybieraliśmy długo i nie dlatego, że nie potrafiliśmy znaleźć odpowiedniego psiaka, przyczyną był czas.
Jeden płacze za czworonożnym przyjacielem chwilę i bierze kolejnego, my chcieliśmy przejść najcięższy czas żałoby i po tym okresie dopiero wziąć pieska. Inaczej nie potrafiliśmy. Zresztą wielu z Was wie, jak Dino był i jest dla nas ważny.

Jakiś czas temu hermano pokazał mi zdjęcia psa. Zaznaczył, że właśnie go chce. Ja nie byłam pewna, ale decyzję zostawiłam bratu.
Coś jednak zaczęło i mnie przyciągać do tej psiny. Nie wiem co, to było...może jego radość na fotkach, może fakt, że jest nieco walnięty, jak to pisało:
' Pies z widocznym ADHD...'.



Ociągaliśmy się z wizytą w schronisku. Za wczas, za ciężko, sami nie wiedzieliśmy. Nagle do hermana zadzwoniła nasza ukochana pani weterynarz z zapytaniem, czy nie zawieźlibyśmy koców do jednego ze schronisk. Poczułam ciepełko w sercu. Wiadomo, jedziemy do Rudy Śląskiej tam, gdzie jest Timmi.


Jak wyglądało nasze pierwsze spotkanie? Hermano od razu wiedział, że tak, to TEN pies. Ja wchodząc do schroniska, nie byłam niczego pewna, poza tym, że chcę go zobaczyć. Zbliżyliśmy się do klatki, wyszedł jegomość i boom boom boom...serce zaczęło mocniej pikać. Chcę tego wariata.

Jak to hermano powiedział: ' To będzie brat Dinusia'.



Timmi był pod opieką stowarzyszenia. Przeszliśmy dwugodzinną wizytę przed adopcyjną. Spodobaliśmy się...jupiju. Jak to powiedziała właścicielka stowarzyszenia: ' Timmi trafił jak pączek w masełko'.





↑Tu nasza druga wizyta w tym schronisku. Timmi nie wraca za kraty. Biegiem wskakuje do auta, przesypia niemal całą drogę. Pędem wbiega do mieszkania i pełen radości po nas skacze. On to lubi skakać na ludzi.

🐶Ja się witam. Cieszę się, że mam rodzinę, że jestem wolny.





Długie spacery, radosne chwile i chap...a to nicpoń. Ja się z nim bawię, a on moją rękę w paszczę i zaciska. Darłam się z bólu na całego. Darłam się przez parę minut! Ból straszny. Jadę na pogotowie. Na początku wydawało się, że to mała ranka. Palec zaczął strasznie puchnąć, cały siny, rana zaczyna wyglądać naprawdę źle.
Dzięki Bogu nie do szycia. Opatrunek na cały palec, no i zastrzyk przeciwko tężcowi. Cały tydzień byłam jak człowiek wycieńczony. Timmi ugryzł mnie centralnie w staw, to też ból był spory, o zginaniu nie wspominając.
Pojawił się lęk. Timmi przerażał, psy przerażały.
Jednak ten nicpoń był taki smutny, tak bardzo się starał wszystko naprawić.

Skończyło się tym, że  tulę go z całych sił, głaszczę po brzuszku, wspieram, kiedy jego ulubieniec hermano wychodzi. Ależ on ukochał mojego brata.



Timmi jest z nami niemal miesiąc. Dużo radości wnosi. Jest szurnięty, jest większy, niż może się wydawać. Nie noszę go na rękach, za ciężki. Podobny do wilka, do misia. Szybko się uczy i okazuje miłość na każdym kroku.



Nie jest tak, że zmniejsza on naszą tęsknotę za Dinkiem, bo to niemożliwe. Timmi to nowy członek rodziny, brat Dinusia. Damy mu, co najlepsze.

🐶Zapomniałaś wspomnieć o moich wspaniałych oczach. Jak mogłaś... Jedno mam brązowe, drugie wygląda jak chmurka.

Tak, tak...masz bajeczne oczy, a jaki z Ciebie przytulas i gryzak. Za hermano to ty wszędzie chodzisz. No i gdzie teraz jesteś, kiedy ja to piszę... Oczywiście w kuchni, razem z hermano gotujesz. ;)

Wraz ze wzięciem Timmiego rozpoczęliśmy nowy rozdział. Wraz z ugryzieniem, ja otworzyłam jeszcze szerzej oczy i umysł. Rana się pięknie goi, chora nie jestem. Doceniam, doceniam jeszcze bardziej. Wstaję rano, otwieram oczy i widzę dwa wielkie drzewa. Niebawem pojawią się na nich małe listeczki. Moja rodzina jest przy mnie, a Timmi wskakuje na łóżko, bo czas oczywiście na pieszczoty. Przyjaciółka niezastąpiona, pasje, marzenia, zdrowie, kochane zdrowie. Mam wiele. Ból zmienił się w dar, który pozwolił mi dostrzec więcej. Kolejna lekcja życia, myślę, że zaliczona na dobrą ocenę.



Do następnego moi drodzy. Na końcu takie oto przesłanie. Poczułam, że właśnie tymi słowami chcę zakończyć ten post.


Czasami goniąc  za przyszłością, nie widzisz, że masz wszystko, co do szczęścia potrzebne. Czasami chcesz za dużo, a to nie ilość definiuje szczęście, TO JAKOŚĆ.







piątek, 16 marca 2018

Tajemniczy wózek. 🛒



DZIEŃ 1 (rozmowa Agi z hermano)

A: Kiedy pojedziemy w góry?
H: Jak się ociepli.

DZIEŃ 2

A: Padam już w tym mieście. Potrzebuję świeżego powietrza. Może pojedziemy w jakieś góry?
H: No może...
A: Naprawdę???
H: Nie.

DZIEŃ 3 (a może nawet i ósmy)

A: No zdycham. Nudzi mi się. Potrzebuję odskoczni. Potrzebuję zobaczyć coś nowego. No weź...pojedźmy w jakieś góry. Wiem, że będziemy fajnie się bawić.
H: Przecież możesz jechać sama.
A: :(((

JAKIŚ INNY DZIEŃ

H: To, co...jedziemy jutro w góry?
A: No wreszcie. :D


🌲 Soszów Wielki 🌲


Usatysfakcjonowana Aga siedzi sobie w busie. Widoki wreszcie inne. Tu jezioro, tam las oświetlany przez promienie słońca, a za lasem już widać piękną, tak dumnie stojącą górę. Czysta radość.
Chwila! Coś tu za sielsko, za dobrze...podejrzane.

Zaczynam się źle czuć. Za ciepło, za duszno. Słabo mi, źle mi się oddycha.
Pytam: 'Daleko jeszcze?', nie... Jednak te 'nie' jakieś takie długie było.
Zostajemy sami w busie, zaczynamy się wygłupiać, jak to rodzeństwo. Nagle jedno wielkie beknięcie. Tak, beknięcie. Kto pisze o takich sprawach, a no ja. Toż to ludzkie. Śmieszył mnie widok kierowcy, ale przynajmniej zaczynałam czuć się lepiej.

A oto jak prawdziwi wielbiciele wspinaczek górskich zaczynają swoją drogę. Dwa żarłoki. 😆


Postanowiliśmy palić znicze Dinusiowi wszędzie, gdzie jesteśmy. Tu zapaliliśmy (Wisła), a także w Mosznej, Cieszynie, na Równicy i wielu innych miejscach. W ten sposób zabieramy go w podróże. Dla nas to piękne i bardzo ważne. Miłość to miłość.


Jak zawsze musiałam obiecać: ' Tak, tym razem nie będę co chwilę stawać, by zrobić zdjęcia'.
Początek trasy, minuta wędrówki.
'Agaaaa...co ty robisz?'
'No wybacz, ale to takie ładne, musiałam. Czekaj, jeszcze sekundę...już chwilkę'. Zdjęcie zrobione. ;)


Na początku trasa prowadzi przez miasto. Nic specjalnego, no może poza stertą śmieci na każdym rogu. Patrzymy, a tam Wyciąg Soszów. Przed nami, na wyciągnięcie ręki. Jednak według przewodnika powinniśmy iść dalej. Omijamy wyciąg, mimo że tam właśnie mamy się znaleźć. Jakaś dziwna ta trasa. Dzięki Bogu za Google Maps.





Wchodzimy w jakąś tajemniczą uliczkę. Ma zapach staroci. Jest tam dość ponuro. Czuję się, jakbym była na jakimś planie filmowym. Ciekawe, jeszcze nie czułam takiej atmosfery. Fajnie poczuć coś nowego.





Zaczyna się! Okay...stromy odcinek. Damy radę. Było stromo praktycznie cały czas. Zero łagodniejszych podejść, dopiero przy samym szczycie. Spójrzcie, toż tryskam energią.



Wędrówka przyjemna. Wolę wspinać się, kiedy jest zimniej, latem pot zbyt zalewa mi widoki. haha
Stop! Coś mnie obserwuje. Patrzę w prawo. Uff...to tylko mały, czarny kotek.


Mijamy wędrowców, radośnie się witamy. No wreszcie punkt widokowy. Z uśmiechem na twarzy wołam do hermana: 'Patrz, jakie widooooo.....'. BOOM.
Leżę dupskiem w błocie. Marcin podaje mi rękę i oboje wybuchamy śmiechem. Umazana, nieco obolała, a śmiałam się na całego. Miejsce upadku:



Po krótkim odpoczynku idziemy dalej. Las prześliczny. Ni to zima, ni to jesień. 


Patrzę pod nogi jeszcze uważniej. Naprzeciwko skaczą sarenki. Jakie masywne piękności. Gdzie był aparat...wyłączony, typowe.
Widok pięciu sarenek, bawiących się w lesie bardzo nas ucieszył. Jednak nagle przed nami znalazł się...wózek dziecięcy. Grozą zaleciło po sekundzie. Cóż w środku lasu, na takim pustkowiu, na takiej wysokości robi wózek dziecięcy...


Jest podniszczony. Nie widać, czy coś jest w środku. Wyobraźnia zaczyna działać. Rozglądamy się we wszystkie strony. Biorę kij i idę przed siebie. Nagle zza drzew wyłania się jakaś postać. Idzie szybko, to mężczyzna. Serce mi wali jak oszalałe. Idę na niego z tym kijem, a to...oczywiście starszy pan, wędrownik o miłym uśmiechu.
Obok wózka przeszliśmy jak torpedy. Widzę na zdjęciu, że jest tam przyczepiona jakaś kartka, coś jest napisane. Nie mam szans na odczytanie, zdjęcie jest zbyt zruszone, co tak ręce mi się trzęsły. hehe

Nagle zrobiło się lżej. Droga przyjemna. Raz jesienią zapachniało, a raz zimą. Czasami nawet latem.




Z Soszów Mały to tylko chwilka, aby dojść na Soszów Wielki. Ino nie po jednym wielkim lodowisku. Trochę się namęczyliśmy.



Zasapana spoglądam w górę, a tam jakiś śliczny turkusowy domek. Pstryk.
Jak możecie zobaczyć poniżej to WC, a nie chcecie wiedzieć, co było w środku.


Szczyt zdobyty. Kochamy wspinaczkę górską, kochamy te widoki. Na szczycie byliśmy tylko my. Zabawne to było, wiele nas cieszy.



Drogi powrotnej nie fotografowałam. To dopiero była przygoda. Zejście w dół było tak oblodzone, że pozycje, jakie wykonywaliśmy, by zejść bezpiecznie, mogłyby rozśmieszyć każdego ponuraka.
Był też piękny koń, był uroczy zachód słońca w barwach ukochanego fioletu, był bieg, by zdążyć na autobus. Była też satysfakcja i ogrom energii. Serca uradowane i o to chodzi.


Dodawaj tyle barw do swojego życia, ile tylko potrafisz.
Pisz tak ciekawe rozdziały swojej książki, jak tylko potrafisz.
Stwórz coś pięknego, wartościowego tak, jak tylko potrafisz.


Do następnego kochani moi.






niedziela, 25 lutego 2018

Wychodzę i już. ☃


Chcę coś napisać, chcę, lecz nie jestem pewna... Jest tyle do zrobienia. Lista się wydłuża, nauki przybywa, spraw do załatwienia coraz więcej. Mój wybór. Cieszę się, widzę rezultaty ciężkiej pracy.
Jednak czegoś mi brak...spokoju. Czy mogę pogodzić te wszystkie obowiązki z relaksem swojej duszy...spróbowałam. Jest mi już lepiej. Nie musi wszystko być zrobione na już, nie musi być wszystko takie perfekcyjne. Plan dnia nie musi być wiecznie zapełniony. Nie chodzi o to, by być wiecznie zajętym, chodzi o to, by cieszyć się każdym dniem w miarę możliwości. Chodzi o to, by budować wspomnienia.
W życiu nie chodzi o to, by wiecznie biec, ile tchu. Tak, jak napisałam w poprzednim poście. Życie trzeba celebrować, delektować się nim na tyle, na ile się potrafi.



Zostawiam plan na dzisiejszy dzień. Niech ktoś zarzuci mi brak odpowiedzialności, niech gadają. Wychodzę! Biorę brata ze sobą i już. Kocham mojego hermano i tak, często razem wychodzimy. Co Was dziwi drodzy sąsiedzi? Miłość między rodzeństwem? Taka właśnie powinna być.

Jest szaro, śniegu pełno, ślizgamy się, co nas bawi.
Zaczyna robić się naprawdę zimno. Wkładam rękawiczki. Nie zawracam. Idę przed siebie. Cieszy mnie widok zabielonego świata, widzę w tym magię. Ja ją dostrzegam. Nie czepiaj się, jeśli ty jej nie widzisz. Otwórz szerzej oczy. Czekasz na lato? Fajnie. Kocham te wszystkie barwy dodające mi radości. 
Jednak! Żyjesz TERAZ, do lata wszystko może się zmienić. WSZYSTKO!
Celebruj daną chwilę, ją posiadasz, przyszłości jeszcze nie, ona w ogóle jeszcze nie istnieje. Nie ma jej, Ty jesteś tu, właśnie tu, gdzie jesteś i tylko TU. Jeśli są też TU Twoi ukochani bliscy, jeśli masz zdrowie, to praktycznie posiadasz wszystko, co najważniejsze. Celebruj.



Idziemy drogą, zahaczamy o cmentarz. Palimy Dinusiowi codziennie, bo chcemy, bo kochamy. Nie rozumiesz tego kolego? Nie musisz. To nie Twoja historia.



Cieszą mnie drzewa, auto zaraz sfotografuję. Tak, zwykłe auto i te drzewa. Już zdjęcie zrobione, nic wielkiego, ja jednak z radością idę dalej.



Zimno, naprawdę zimno, palce u rąk mi sztywnieją. Brrr
Razem ze mną idzie mój hermano, brat marzenie. Nie ważne, że szaro, że się oziębiło. Najważniejsze, że zaraz obok mnie idzie mój hermano.
Ktoś całkiem niedawno zapytał nas, z wielkim rozbawieniem: ' Czy nie wracacie z kościoła przypadkiem?'. Nie, nie wracamy. Zwyczajnie pomyśl, zanim zadasz pytanie. Może kogoś straciliśmy, może właśnie odbyliśmy bardzo ważną rozmowę, nie koniecznie radosną. Życie to nie tylko śmiech i zabawa. Pomyśl, proszę, tylko pomyśl, zanim coś powiesz. 

Nie skupiam się na Tobie, idę dalej. Cóż tam jest? Pachołki? Nie! To kolejna niespodzianka losu, to żurawie.
Chcę podejść bliżej, by zrobić zdjęcie. Zrobiłam byle jakie i co z tego, nie zawsze musi być perfekcyjnie, w ogóle nie musi. Najważniejsze, że zamroziłam na zdjęciu tę chwilę.
Nie podchodzę bliżej. Widzą mnie, nie chcę przeszkadzać. Mają one swoja przestrzeń. Bardzo kocham i szanuję zwierzęta.




Pełna wdzięczności kieruję się w stronę domu, daleka jeszcze droga.
Wracam zamarznięta, jednak zadowolona. Właśnie stworzyłam kolejne wspomnienie z moim kochanym hermano. Rzuciłam plan dnia, zmarnowałam czas? W życiu! 
Teraz  zaparzę sobie herbatę z cytryną i oddam się chwili.
Dziękuję za ten dzień.
⇝🙙⇜




Na końcu mam jeszcze prośbę do Was. W moim mieście potrzeba schroniska dla psów i kotów. Azyl dla zwierząt zbiera podpisy. Ja już oczywiście podpisałam. Obawiałam się, że tylko mieszkańcy mojego miasta mogą coś zdziałać, ale nie. Wszyscy możemy.
 Chcę dodać, że w mieścinie Krzesimowo muszą niestety zamknąć schronisko. Jeżeli jego mieszkańcy nie znajdą nowych domów, to wszystkie 220 istot zostanie uśpionych.
 Jeśli chcielibyście pomóc, to zapraszam na stronę:
https://www.petycjeonline.com/tak_dla_schroniska_dla_bezdomnych_zwierzt_w_orach

Za każdy podpis dziękuję całym sercem. 



niedziela, 4 lutego 2018

Wyprawa w mrok. 👻👀



Witajcie kochani. Luty już nastał. Czas bardzo szybko przemija. Chwytajmy każdą chwilę. Nie biegajmy, bo życie to nie ciągły wyścig. W biegu nie można wszystkiego dojrzeć. Zamiast tego celebrujmy kolację, cieszmy się bliskością drugiej osoby, zatopmy się w pięknie zachodzącego słońca.
Tym optymistycznym akcentem Was witam, a teraz zabieram Was w mrok. Możecie się już bać. Spójrzcie na te trzy zombiaki.



Oni zabiorą Was w ciemne krainy tego świata. Na pewno nie znacie tego miejsca, na pewno odkryjecie z nami, coś nowego, czegoś, czego nigdy Wasze oczy nie widziały.

Zapraszamy do Wieliczki. 😆



Wycieczkę zaproponowała moja kochana przyjaciółka. W ramach jej urodzin postanowiliśmy zobaczyć, coś nowego. Nas w Wieliczce jeszcze nie było, to też się tam wybraliśmy. Jeszcze Wam, nie napisałam, kim jest ten zacny mężczyzna na zdjęciu powyżej, jeden z zombiaków. To brat Sylwinki, Jarek. Z Nim to zawsze jest wesoło.

Jechaliśmy autem, które przepełniały śmiechy. Jarek opowiadał nam różne zabawne historie. Przejeżdżamy obok łąki pełnej krecich kopców. Nagle Jarek wystrzelił taki tekst: ' Chcecie, to się tu zatrzymam. Będziecie miały wakacje na Krecie'. buhahaha
Normalnie wybuchłyśmy śmiechem. Nie ma to, jak dobre towarzystwo.




Pierwszym naszym przystankiem był Zamek Żupny. Niezbyt czułam się tam, jak w zamku, ale miło wspominam. Szkoda tylko, że wszystko niemal było pozamykane. Zrobiłam dla Was parę zdjęć. Wiem, że mam tu fanów takich miejsc oraz staroci.















Wychodząc z zamku, weszliśmy w park. Przystanęłam. Sylwinka spytała, co ja robię. No, a ja pełna podziwu robiłam zdjęcie drzewka, zachwycając się cieniem, jakie rzuca na ścianę.





Wejście do kopalni mieliśmy zarezerwowane na godzinę 13:30. Zostało nam jeszcze sporo czasu. Postanowiliśmy przejść się na rynek. Stało się! Kochani, poznałam wymarzonego faceta. Ideał. Spójrzcie.



Sylwii też się poszczęściło.



Wypiliśmy jeszcze ciepłe napoje i nieświadomi, że kopalnia jest zaledwie parę kroków od zamku, weszliśmy do auta, jeżdżąc wkoło centrum. ha ha ha



Znaleźliśmy pierwszy parking, już zamierzamy płacić, nagle facet mówi: ' Opłata stała, 20 złotych'... Jarek to twardy człek powiedział, że tyle nie zapłaci i pojechaliśmy sobie. Nie nabierajcie się, jest tam sporo bezpłatnych, bądź zwyczajnie tańszych parkingów. Z tego względu, że był weekend, nam udało się znaleźć bezpłatny i to bardzo blisko miejsca docelowego.



No, a teraz wybieramy się w obiecany mrok. Przecież nie zawsze jest jasno i kolorowo. Jednak w mroku często znajdują się najważniejsze z lekcji życia.



Moje pierwsze wrażenie: Eee, coś mi nudno, to nic takiego...
Jednak patrząc z perspektywy czasu, jednak zagłębiając się bardziej w to miejsce, uważam inaczej. Skoki temperatury nieźle dawały mi w kość. Na początku szłam równo z grupą, a potem...na końcu. Wszystkie osoby a aparatami szły na końcu. Byłam ja i trzech panów. Każdy zerkał na siebie nawzajem. Ja robię zdjęcie rury i zaraz inni robią zdjęcie rury, jeden pan robi zdjęcie ściany i ja robię zdjęcie ściany. hehe







Doszliśmy do tej, jakże znanej sali. Sylwia zaczyna się rozglądać. Podchodzi do Jarka. GDZIE JEST AGA...
No, a Aga robiła zdjęcia, stojąc na schodach. Zawsze jednak w bezpiecznej odległości, zawsze z kimś.



Powiem Wam, że jak wróciłam do domu i zobaczyłam  fotki z tej wycieczki, to było jedno wielkie:                  O BOZIU...CÓŻ TO JEST...ZGROZA... hahaha
Nie mam super aparatu, nic nie widziałam na ekranie, ale coś udało się uchwycić.



Niezłe wrażenie robi ta sala. Jestem pewna, że  koncert w takiej sali, jak ta u dołu jest niesamowitym przeżyciem...no i ta akustyka.



Zwiedzanie tak innego, fantazyjnego miejsca to niezapomniane przeżycie. Nieźle się nachodziliśmy, ale było warto.






Jadąc do góry windą, czułam niemałe  przerażenie. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia. Byłam zbyt zajęta wyobrażaniem sobie możliwie najgorszych scenariuszy. Też tak macie? Ja zawsze wchodząc do windy, wyobrażam sobie czarne scenariusze. Aj ta rozbuchana wyobraźnia...😄

Zakończę ten post jak zawsze niemałych rozmiarów.
Spójrzcie jeszcze na te dwie mordki. Wspaniałe. Dziękuję za wspólnie spędzony czas. 



Mam nadzieję, że miło się z nami bawiliście.

Do następnego. Na końcu jeszcze 'Dom Grozy'. 😈