niedziela, 17 czerwca 2018

Specjalnej róży moc. 🌹


Usiądę sobie w swoim wiklinowym fotelu. Stoi on obok drzwi balkonowych, które są otwarte. Słyszę piękną pieśń. Deszcz mi ją zaoferował, a ja ją docenić powinnam. Przecież to dla mnie śpiewa. Patrzę w prawo. Szarość nieba ubarwiają mi kwiaty różnokolorowe, które ozdabiają mój balkon. To czas bezcenny. Ja jednak przenoszę się w czasie, bo przecież czasami naprawdę warto.
Bywa też tak, że niepozorna rzecz, potrafi odmienić nasze życie. Szukamy w czymś wielkim, a rozwiązanie jest w czymś tak prostym, jak na przykład piosenka.
Usłyszałam ją, zakochałam się. Odnalazłam wykonawcę, posłuchałam innych piosenek i stało się coś niesamowitego. Otworzyłam szerzej drzwi mojego serca.
Pamiętam ten dzień, to było niemal trzy lata temu. Oni przyjeżdżają do Polski, będzie koncert. Popłakałam się.
Pojechałam, zobaczyłam wokalistę, wpierw go nie rozpoznając. Zamarłam, zostałam popychana przez hermano: 'No idź do niego'- krzyczał.
Wypchnął mnie, zdołałam tylko powiedzieć: 'May I...' (czy mogę...). Dostałam autograf, byłam jak skała. Chciałam poprosić o wspólne zdjęcie, nie umiałam. Poznałam Biankę, z którą spędziliśmy cały dzień. Byliśmy pierwsi, mieliśmy najlepsze miejsca. Wokalista podał mi swoją dłoń i śpiewał. To wystarczyło.

♩     ♪     ♫     ♬     ♩     ♪     ♫     ♬     ♪     ♫     ♬     ♩     ♪     ♫     ♬ 

Minęły lata niemal trzy, oni znów przyjeżdżają. Mam wielkie postanowienie: PODCHODZĘ, ROZMAWIAM, PROSZĘ O ZDJĘCIE, DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKO, bo człowiek ten otworzył moje serce i oczy tak mocno. 
Człowiekiem tym jest Aaron Bruno, zespołem tym jest Awolnation. Żaden artysta jeszcze mnie tak nie zachwycił. Pochłaniam każdą mini sekundę, każdego ich dzieła. Aaron i jego zespól, stali się moją siłą, stali się przyjaciółmi, z którymi łączy mnie ich muzyka. Ja i oni rozumiemy ją pod każdym względem.

Zapytałam Sylwię, czy ze mną pojedzie.
'Oczywiście, chcę być tego częścią'.
Czekałam na ten dzień. Nie miałam oczekiwań, że znów uda się spotkać Aarona, że będzie jakaś niespodzianka. Cieszyłam się możliwością ich usłyszenia na żywo.

Wchodzimy na teren klubu, już z daleka ją widzę. Stoi w tym samym miejscu, jest tam. Wołam: 'Bianka!'
Serdecznie się witamy. Uczucie piękne, trzy lata minęły jakby to była sekunda. Znów się spotkałyśmy, tylko starsze i z większym doświadczeniem życiowym. Tam jeszcze bardziej zdałam sobie sprawę, jak życie szybko przemija. 
Było upalnie, rozmawiałyśmy sobie, wspominałyśmy.
IDZIE AARON!
Mój drogi Boże, on idzie. Czy on przypadkiem nie chce nam pomachać.? Chyba chce. Bianka coś do mnie mówi, patrzymy na siebie. Nagle czuję szturchnięcie Sylwii: ' Wy idiotki!!!! On do was machał'. 
'Że niby co, kiedy, jak, czemu, choć ty mu nie odmachałaś...???'
'Nie wiem, no nie wiem'.
Wszystkie trzy, widząc Aarona, wyglądałyśmy mniej więcej tak:



Nie mam pojęcia, żadna z nas nie ma pojęcia, cóż nas tak zamurowało.
Kolejne postanowienie:  WYJDZIE RAZ JESZCZE, PODCHODZĘ. PRZECIEŻ TO MÓJ CEL, OD PARU LAT SIĘ NA TO PRZYGOTOWYWAŁAM.
Wychodzi, my znów stoimy jakby zamurowane.
Nagle znienacka podbiega do niego fanka. Poprosiła o zdjęcie, zgodził się, przytuliła go i zachwycona w podskokach wróciła na swoje miejsce.
O NIE! Tego już za dużo! Trza się przebudzić. Wstajemy z koca, zbieramy rzeczy, by podpisał się na nich. Szybko, musi się udać!!!! Zaczynamy startować wszystkie trzy, patrzymy przed siebie, wokalista zaraz wejdzie do klubu. Ostatnia szansa, trzeba go zawołać.
Ty wołaj. Nie, ty wołaj. Ja nie umiem, nie  umiem i już. No wołaj.
' Hey Aaroooooon'- szkoda tylko, że głośność tego wypowiedzianego zdania była słyszalna tylko dla nas i to z ledwością.
Podsumowując, nie rozumiemy do dziś, co nam odwaliło... przynajmniej nie ja i Sylwia.

Wiele się działo. Wejdźmy już do klubu. O tak, znów pierwsze. Stoimy naprzeciwko mikrofonu. Pierw support, jakiś krótki, bo 20-minutowy. Ważne, że miły dla ucha.
W lokalu można się stopić, duchota straszna. Ludzi przybywa, zaczyna się ścisk, ale taki urok koncertów. Najważniejsze, że jest magia, o tak jest i to zwyczajnie czuć wszystkimi zmysłami.

Zaczyna się: ' Here come the runts'. Czułam spełnienie. Nie ważne już to zdjęcie, zmarnowałam szanse. Jestem przecież człowiekiem, popełniam błędy, marnuję szanse. Teraz mogę nad tym ubolewać bądź skupić się na dźwiękach. Zatopiłam się, byłam tymi dźwiękami. 
Wyszli jak zawsze uśmiechnięci. Jest już Aaron, stoi tak blisko, dokładnie jak trzy lata temu. Czułam się, jakbym przeniosła się w czasie, cały dzień się tak czułam i to poczucie było czymś niesamowitym. 

To taki wysiłek, wiele godzin przed i wiele godzin w lokalu. Czy dasz Sylwinko radę?
Dam dla Ciebie, zrobię, co mogę.
Była zmęczona, była czerwona, zapocona. Stała obok, śpiewała, tańczyła. Wiedziałam, że dla mnie. 
Cały czas była obok, przed w trakcie i po koncercie. Patrzyłam na nią, duma, wdzięczność, wielka miłość mnie przepełniały.
Zespół grał, ja czułam magię, szczęście w najczystszej postaci. Spoglądałam na nią co chwilę. Dziękowałam za nią, bo jest bezcenna, jedyna i niezastąpiona.

'Zapalicie światła?'
Zapaliło się setki światełek. Wykonywali: 'Handyman', utwór bardzo bliski memu sercu.
Obróciłam się w tył i prawie popłakałam przesiąknięta magią ich muzyki, otoczona setkami świateł. Czułam się jak w prawdziwej baśni przepełnionej miłością. Chwili tej nigdy nie zapomnę. Poczucia, jakie wtedy miałam, nie da się opisać słowami. Ona była jednak moją największą radością.



Nagle Aaron rozdaje róże. Ech... nie dostałam. Nie ważne, jestem tam i tylko to się liczy. Kończy się koncert, krzyczymy: 'BIS'. Oczywiście, że się odbył bis. Ostatni utwór, słynne: 'Sail'. Aaron znika na chwilę. Wraca z bukietem róż. Rzuca na prawo, na lewo, znów nic. Niech cieszą się inni, ja poprzednim razem zostałam pięknie obdarowana.
Czemu ja czuję, że ta ostatnia róża będzie dla mnie... to takie głupie, wręcz dziecinne. Trzyma ją w ustach, jestem pewna, że fanki oszaleją. Wyciąga, zakrywa oczy i wybiera osobę, która dostanie 'specjalną' różę. Spojrzał na mnie, mam zwidy, przeca tam setki ludzi i to byłoby zbyt piękne, to już sam szczyt szczęścia. Nie to niemożliwe. Róża znalazła się naprzeciwko mnie, tylko ja ją sięgnę. Stoję jak słup, no bo przecież to zbyt piękne, by było dla mnie. (szczere myśli tamtych chwil).
Lud przeciska się, wchodzi mi na głowę. Nagle jakby jakiś dobry duszek zapukał do mej główki i powiedział: Zastanów się! Dlaczego on im tej róży tak długo nie przybliża, a tylko ty możesz ją pochwycić...
Wyciągnęłam dłoń i pochwyciłam. Ja nie wiem, co się ze mną działo tej nocy, tego dnia.
Spojrzałam na różę, poczułam już tak ogromne szczęście, że...BAM...
Dostałam w głowę, róża rozerwana, ludzie zwariowali. Sylwia ich nie dopuszcza, prosi Biankę, by mi podała leżące poza barierkami kwiecie. Stoję z samym badylem, spoglądam w górę, a tam Aaron patrzy z total zniesmaczeniem na tych, co im nieco odwaliło. Wszyscy fani tego zespołu wiedzą, że celem jest, byśmy się szanowali i tworzyli taką rodzinę AwolNATION. Na ich koncertach taka atmosfera panuje, ale tym razem było nieco inaczej, co i mnie zaskoczyło.

Trzymam różę już w dwóch kawałkach, trochę zawiedziona.
Jednak chwila... przecież nadal ją trzymam.

Podchodzi pianista, podaje spis piosenek. Sylwia ją przechwyca. Lud się na nią rzuca, a ona... gniecie kartkę w dłoni na totalną miazgę, coś w tym rodzaju:



Pianista miał minę, w takim stylu: 😲
Póki Sylwia nie schowała kartki, stał i się nie ruszał, nadal wyglądając tak: 😲    
Szok miał wielki, on podaje spis piosenek, a tu ktoś ją miażdży na jego oczach. Śmieję się z tego do dziś. :D
Jeśli dotarliście do tego momentu, to już mi bardzo miło.

Dla kogoś to mogło być takie sobie fajne przeżycie. Ja jednak wróciłam do domu odmieniona. Sylwia po raz kolejny pokazała mi wielką miłość do mojej osoby. Dzięki niej mam spis piosenek, który zyskał na wartości. Ona go zdobyła dla mnie. To jest bezcenny skrawek papieru.

Róża stała się moją siłą. Patrzę na nią i dziękuję. Może mam więcej szczęścia niż myślę, może warto spróbować tego czy tamtego. Może to, co wydaje mi się 'zbyt piękne' jest mi pisane. Przecież Aga, ty już nasz to, co najpiękniejsze, zdrowie, bliscy, przecież to oni są największym darem.

To nie byle jaka róża, to róża bezcenna, od osoby, której muzyka była, jest i będzie moją siłą w różnych etapach życia. Mam więcej odwagi, więcej świadomości i poczucia, że nawet te najskrytsze marzenia mogą się spełnić. Wiedziałam to, teraz rozumiem. 
Nie stawiam wielkich kroków, ale coraz odważniejsze.

Nie potrzeba wielkiej wygranej na loterii, wystarczy róża w dwóch kawałkach, by życie nabrało barw i rozjaśniło blaskiem całą Ciebie.

Dziękuję za przeczytanie tego ważnego dla mnie tekstu. DZIĘKUJĘ.




niedziela, 20 maja 2018

Wspólne chwile- bezcenne chwile. ♡



Dryń dryń... 
Pracownik hostelu: Hostel 'KiwiCoSięZdziwi', w czym mogę pomóc?
Ja: Dzień dobry. Chciałam się dowiedzieć, czy są może wolne dwa łóżka w pokoju cztero, bądź ośmioosobowym w dniach...
P. hostelu: Yyy... niestety. Wszystko zajęte, ale mogę zaoferować apartament dwuosobowy za jedyne 120 złotych za noc.
Ja: Chyba se pan żartujesz... Serio... nie ma wolnych łóżek w cztero lub ośmioosobowym pokoju???
P. hostelu: Aaa... to Pani chce w takim pokoju.
Ja: No przecież mówiłam.
P. hostelu: Nie, no takie to są wolne, prawie cały hostel jest wolny.
Ja: Fajnie, czyli co... są dwa wolne łóżka na ten termin?
P. hostelu: Są, są... czyli rezerwuje Pani jedno łóżko w pokoju czteroosobowym.
Ja: Nie jedno, a dwa. Panie, dwa łóżka...
P. hostelu: Boziu... niech Pani wybaczy. Dopiero zacząłem tu pracę, no i też dopiero co wstałem.

Mniej więcej taką odbyłam rozmowę z panem nieco ospałym, który na końcu z pięć razy powtarzał mi dla pewności, czy dobrze wszystko zapisał. W duchu się modliłam, by po przyjeździe te dwa łóżka były dla nas zarezerwowane. Rozmowę wspominam bardzo fajnie. Facet był mega śmieszny, a też kto w nowej pracy od razu na medal się spisuje, także git.

Po tym jakże przydługim wstępie zapraszam Was do Warszawy.
⚞☀⚟


Jestem uradowana, pisząc ten post. Wycieczka trwała trzy dni i też tyle będzie z niej fotorelacji. Każdy dzień był inny, każdy ważny, ale to już w następnym poście dowiecie się, po cóż jechałam do stolicy. Mam nadzieję, że Warszawskie posty dodadzą Wam odrobinę radochy.



Czekałam na ten wyjazd, bardzo czekałam. Na zacne trzy dni spakowałam zacne trzy torby. buahahaha 
No, ale jedna torba to ta z aparatem. 
Sylwia za to miała jeden plecak, tyle że o pojemności 45 litrów.
My to potrafimy się pakować. 😆



Jak to często bywa, tych co to nie lubią upałów, wita upał. Zgroza, cóż tak ciepło w tej Warszawie, zaraz zostaną z nas 'wodne wspomnienia'.
No, ale mimo że upałów nie znosimy, obiecałyśmy sobie, że wykorzystamy na maksa te trzy dni.



Moi drodzy, jako że my z małej miejscowości, a do tego mało nowoczesne z nas kobiety, to już na wstępie pojawiło się tak ważne pytanie: ' Jak kupić bilety autobusowe z tego zacnego automatu?'. :D 
Dzięki Bogu ludzie byli przemili i zawsze pomagali, bo też czasami nie miałyśmy pewności, gdzie iść. Byłam w Warszawie około 3 lata temu, ale sporo pozapominałam.



Pierwszego dnia pojechałyśmy zwiedzić Pałac w Wilanowie.
Siedzimy tyłem do jego bramy, może dwie minuty drogi nas do niego dzieliły. Pałac na widoku, jednak Aga i Sylwia usilnie na Google Maps szukały tego przybytku. No gdzież to jest, zaraz szału dostaniemy. 



Raz Sylwii wyszło, że 20 minut, a raz, że 40 minut drogi. Mnie się jednak wydawało, że to jest tuż tuż, no i było. Człeki zmęczone podróżą, to też nie myślały poprawnie.









Pałac śliczny. Czas na zdjęcia musiał być, no ale Sylwia wie, jak kocham cykać fotki, to też nigdy mnie nie popędza. Mam przyjaciółkę od serca, o której więcej napiszę następnym razem. 





Bardzo lubię pałace, zamki, także czułam się tam dobrze. Jest też ogród, rzeczka, park, gdzie sobie posiedziałyśmy. Było tak spokojnie, nic specjalnego się nie działo. Cały dzień był specjalny. Byłyśmy razem, w miejscach bardzo pięknych, to wystarczyło.













Tego dnia też poszłyśmy do Łazienek Królewskich. Nieco się tam zagubiłyśmy, weszłyśmy od wcześniej nieznanej nam strony.
Kocham takie miejsca, jest natura- moja przyjaciółka, są piękne budowle, rzeźby, ozdoby.









Wiem, że wiele osób tam było, wiele osób podziwiało piękno pawich piór i nic nowego tu nie pokazuję, ale może komuś podaruję iskierkę szczęścia.



Czyż każda taka iskierka nie jest na wagę złota, a może ktoś sobie teraz powie: ' Olać tych, co we mnie nie wierzą, zamieszkam w Warszawie, dostanę się na te studia, zrobię to i już'. Może tylko dzięki zdjęciu, może dzięki słowom, ktoś postanowi zawalczyć o siebie. Warto.




Niby zwykły dzień, ale dla nas wyjątkowy. Przyjaciółki od serca wspólnie podróżują, rozmawiają w otoczeniu kwiatów, zachodzącego słońca i śpiewu ptaków. Nawet udało się pokonać lęk i zrobić relację na żywo dla instagramowych przyjaciół, po angielsku. Było bardzo zabawnie.
O tak, nasze twarze nabrały rumieńców. Ta wycieczka powodowała, że czułyśmy się jak te dwudziestoparoletnie dziołszki, żyjące na całego, te za czasów Krakowa. Młode, pełne życia, wiedzące, jak brać z niego garściami. Może kiedyś opiszę nasze niesamowite krakowskie przygody, może... teraz jednak rozpływam się nad wspomnieniami tych trzech dni spędzonych w Warszawie. 



Następny post będę pisać z jeszcze większą przyjemnością.
Wiem... rozpisałam się strasznie. hihihi
Już kończę, niech to zdjęcie będzie na zakończenie.



Może nie tak ciężko złapać światło.
Może jest tuż przy Tobie.
Może tylko trzeba je zauważyć i pochwycić.
Może trzeba tylko szerzej otworzyć nie tylko oczy, ale i serce...
Może warto SPRÓBOWAĆ...


AK








poniedziałek, 30 kwietnia 2018

O nie! Zaś ta zima... ❆⛄❆


Jak tak można pokazywać tą straszną, ponurą zimę...my chcemy oglądać barwy wiosny. Mamy już dość śniegu, zimna, szarego nieba. Jak tak możesz...

❆❆❆

Drodzy moi, przybywam dziś do Was z zimą u boku. Pewnie wielu z Was powiedziałoby jej: ' A idź mi stąd!', ale nie ja. Jam fanka zimy, a widoki takie, jak w tym poście zaprezentowane są radością dla mego serducha. Jako żem wierna sobie, zaprezentować Wam ten post postanowiłam. Nie bez obaw, aczkolwiek wiem, że niemal wszyscy cieszą się wiosny pięknem.

Aga lubi zimne klimaty, Zofia woli upalne lato, a Stach ma wszystko gdzieś. Każdy inny i tak jest dobrze. Jakiś mi tu zaś dziwny tekst powstaje... Ja chyba powinnam opisywać wyprawę na szczyt Równica (skromne 884,6 m n.p.m.)





A więc to my:    (bo też któż by inny hehe)



Wspinaczka wyglądała mniej więcej tak:

'Zaraz szału dostanę'
'Umieram'
'K**** jakoś za stromo'







Przyznając się, bo na szczerości opiera się ten blog, tak właśnie wyglądała ta wyprawa. Żeby nie było, świetnie się bawiłam. haha

Musiałam być zabawna dla ludzi, bo wybuchali radosnym śmiechem, co i mnie rozbawiało. W rezultacie wszyscy się śmialiśmy.

Mam w sobie dużo z dziecka. Dla mła zima jest jak bajka. Widzę ją jak dziecko, jest baśniowo. Śnieg ozdabia świat, mogę się nim pobawić. Zimno pozwala mi się przyjemnie otulić kocem.





Wielu ludzi nie potrafi zrozumieć mojej fascynacji tą porą roku, ale to nie jest ważne. Moja przyjaźń z zimą jest piękna i to się liczy. Ja widzę jej urodę, ona cieszy się, że ją cenię. Obie jesteśmy szczęśliwe, ciesząc się swoim towarzystwem.



Wspaniale było obserwować rodziny całe. Na szczycie samym była taka jedna rodzinka. Dziecko + matka + ojciec, wszyscy na dupolotach tak zwanych zjeżdżali ze szczytu. Można to zrobić i następnym razem i ja przyłączę się do tej zacnej zabawy.

Ależ oni byli radośni. Matki szczęście rozprzestrzeniało się wszędzie. Uśmiechałyśmy się do siebie w zrozumieniu. Scena ta była dla mnie prawdziwym cudem. Oni, rodzice zacni potrafili  cieszyć się jak ich własne dziecko, o ile nie bardziej.



Piękne to były chwile, widoki zapierały dech w piersiach. Dziękowałam Bogu za to, że mogę całe to piękno zobaczyć na własne oczy. Dziękowałam za stojącego obok hermano, za aparat, który uwieczniał te bezcenne chwile. Dziękowałam za wszystko. Tak często zapominamy, ile cudów nas otacza. Im częściej dziękujemy, tym więcej widzimy. Ja tak robię i widzę, ileż wcześniej przeoczyłam. Oczy czasami tak zaślepione, a cudów, pięknych prezentów każdego dnia dostajemy ogrom.







Dziękuję również mojej przyjaciółce Zimie. Tym skromnym postem chcę wyrazić wdzięczność za jej piękno, zupełnie nieobce dla mego serca.

Obiecuję Wam, następny post będzie z całą paletą barw. Ten jednak powstał z potrzeby serca. Nie ważne czy Zosia, czy Stach cenią moją przyjaciółkę Zimę, ja ją kocham.




Całe stado owiec może iść za pasterzem.
Znajdzie się i ta, która postanowi oddzielić się od stada.
Coś ją woła, coś ciągnie na ścieżki zupełnie jej nieznane.
Niech idzie, widocznie droga jej jest inna.
Każdy ma przecież swoją.


AK



Do następnego moi drodzy. Dziękuję za Was codziennie.














Tak, Dinko zawsze z nami. <3