środa, 21 czerwca 2017

⇱⇲Wszystko tak nagle potrafi się zmienić.


Zakładając ten blog, obiecałam sobie, że wyleję tu z siebie ból, który pojawił się trzy lata temu. Miałam niemal wszystko. Radość była, praca również ( na umowie o wolontariat, ale te 500 złotych miesięcznie było mi obiecane, firma dopiero startowała. Może potem będzie umowa o pracę... Czemu nie spróbować...). Jak to moja droga przyjaciółka mi kiedyś napisała: 'Teraz tylko miłość i już wszystko masz'. Pamiętam, jak przeczytałam tę wiadomość, siedziałam na balkonie, akurat była pora letnia, balkon był zapełniony roślinami, zapach kwiatów roznosił się, radując moje serce. Wtedy poczułam, że Sylwia ma rację. Poczułam, że wreszcie wszystko się układa, że jest dobrze. Pełna energii, wiary zaczęłam bardziej otwierać się na ludzi, na nowe szanse, na życie.

Praca, którą lubiłam, w której dawałam z siebie wszystko, stała się bardzo stresująca. Mówiłam sobie, że to normalne, przecież ogrom ludzi pracuje w stresujących warunkach. Przekonana, że to naturalne, że tak już jest, dawałam z siebie jeszcze więcej. Byłam asystentką, sekretarką, księgową, informatykiem, sprzątaczką itd.itp. Pracowałam tylko po sześć godzin, pracowałam również w domu, latałam szefowej po ciastka, dorabiałam, sprzątając jej mieszkanie. Obowiązków przybywało, a godzin było zdecydowanie za mało, by wszystko to ogarnąć. Niestety pieniądze również zmalały. Za więcej dostawałam coraz mniej. Pracowałam u dobrej koleżanki, byłam bardzo wdzięczna za tą pracę, byłam również bardzo zaślepiona.

Pamiętam, jak Sylwia mówiła mi, że daję się wykorzystywać. Wiedziałam o tym, ale zaślepiony człowiek to zaślepiony człowiek. Coraz więcej ludzi zaczęło mi mówić, że szefowa mnie strasznie wykorzystuje. Ja jak największa naiwniaczka świata zaczęłam jeszcze bardziej starać się w pracy. Robiłam rzeczy przed czasem. Trzeba było udawać Mikołaja, to udawałam ( jednocześnie pracując przy komputerze i latając ze szmatą). Trzeba było nagle lecieć po kołaczyka przed pracą, to leciałam, bo przecież szefowa głodna. Święto zmarłych, a szefowa wydzwania, ponieważ potrzebuje kabel USB, to szukamy kabla. Trzeba poroznosić setki ulotek, to roznosimy. W rezultacie pracowałam bardzo często niemal cały dzień. Oczywiście wpisywałam to w czas pracy, co nie zawsze się szefowej podobało. Chcę zaznaczyć, że miałam być tylko sekretarka, sprzątanie również miało być moim obowiązkiem. Dlaczego stałam się lokajem? Podłoga nie błyszczała wystarczająco. Pamiętam, jak na kolanach szorowałam podłogi, a szefowa przyszła z uśmiechem od ucha do ucha i powiedziała' Aga, ta podłoga nie błyszczy wystarczająco', no to myłam, aż nie było odpowiedniego błysku. Nie wiem, co ja wtedy sobie myślałam. 

Zaczęłam wracać do domu zapłakana. Przecież robiłam coraz więcej, coraz lepiej. Nawet księgowości się nauczyłam. Szefowa co chwile powtarzała mi, że mam być jeszcze lepsza, bo inaczej znajdzie kogoś innego. Te słowa mnie dobijały. Przecież byłam naprawdę dobra.

Pewnego dnia poczułam, że ciężko mi się wstaje. Szefowa lubiła przeciągi, a moje biurko było w samym centrum tego niebezpiecznego zjawiska. Szykowałam dekoracje na zajęcia, rysowałam, ozdabiałam hol i nie mogłam podnieść się z ziemi. Tak nagle!!! Wiedziałam, że szefowa zaraz skończy zajęcia. Wszystko musiało być gotowe, musiałam wstać. Udało się. ufff
Takie coś zaczęło pojawiać się coraz częściej. Zawsze o siebie dbałam, nie miałam pojęcia, co się dzieje. Poprosiłam szefową, by nie robiła przeciągów, ponieważ źle się czuję. Posłuchała, przeciągów nie było jeden dzień... Muszę się przyznać, że tu akurat ja zawaliłam, powinnam wcześniej iść do lekarza. Nie rozumie, jak mogłam sobie wmawiać, że to tylko przewiane kości.
Nagle rano zobaczyłam coś dziwnego, moje palce u stóp były niepokojąco opuchnięte, palec wskazujący dłoni również. Zaczęło się! Budziłam się rano i nie mogłam ruszyć palcami, zaczęłam kuleć.

Zbliżał się koncert reprezentujący osiągnięcia uczniów. Trzeba było pracować jeszcze ciężej. Pamiętam, jak roznosiłam ulotki, idąc jak dziewięćdziesięcioletnia, bardzo schorowana pani. W pewnym momencie roznosiłam te cholerne ulotki, opierając się o mamę.. Ona sprawdzała, szefowa sprawdzała, czy ulotki są tam, gdzie powinny być, choć nie zawsze. Jako dobra pracownica nie mogłam zawieźć. W dniu koncertu trzeba było znosić z piętra na parter ciężkie pianino, keyboardy itp. Powiedziałam szefowej, że nie dam rady, pokazałam jej moje ręce. Miała je znieść z mężem, by mi się nie pogorszyło. Znosiłam ja i jej mąż. Znosiłam wiele rzeczy, szefowa stała. Pni, która przyszła wcześniej na koncert, pani w wieku może 60+, może 70+ widząc mój ból, mimo że przywitałam ją z uśmiechem, rzuciła wszystko i zaczęła  znosić rzeczy ze mną. Wtedy nastąpił początek przebudzenia.

Koncert się udał, były oklaski, były gratulacje, szefowa zadowolona, ja też, bo choć teraz jest w pełni zadowolona. Następnego dnia okazało się, że szefowa jedna zadowolona nie jest. Kubki źle stały. KUBKI ŹLE STAŁY. No to trzeba było słuchać wykładu na temat kubków. Zawsze się uśmiechała dogryzając. To było tak: chwaliła przy innych, a kiedy zostawałyśmy same, zaczynała czepiać się, o co tylko można. Usłyszałam takie zdanie: 'Ty masz prowadzić tę firmę, ty masz wszystko załatwiać, ja mam tylko przychodzić i uczyć'. Wtedy przebudzenie nastąpiło już na dobre.
To nie była moja firma, miałam być sekretarką, posprzątać i tyle. Robiłam w tej firmie niemal wszystko. Jedynej rzeczy, jakiej nie robiłam, to nie prowadziłam zajęć i nie kupowałam drogiego sprzętu. Powiedziałam szefowej, że to jej firma, ja robię swoje, a nawet ponadto. Pamiętam te jej jęki o wszystko, jak tylko zostawałyśmy same. Zaczęłam widzieć prawdę. Widziałam dwie skrajne osoby. Za zamkniętymi drzwiami wszystko się zmieniało, byłam wyczerpana.

Następnego dnia nastąpił dzień kulminacyjny. Obudziłam się z bólem, którego dotąd opisać nie potrafię. 
Koniec z tym!!! Musiałam iść do lekarza. Sytuacja stała się krytyczna. Ja prawie się nie ruszałam.
Napisałam szefowej, że idę do lekarza. Udało się wbić do lekarki przed pracą. Dostałam leki, dostałam cały wykład, o tym jakim potworem jest moja szefowa (chcę zaznaczyć, że jej nie obrażałam, zwyczajnie powiedziałam, że pracuję na umowie o wolontariat). Dostałam tygodniowe zwolnienie. Wiedziałam w tym momencie, że mam dwa wybory, albo pójdę normalnie do pracy, albo mnie zwolni. Nie poszłam. Zadzwoniłam do szefowej, powiedziałam, że mam zwolnienie i że jest ze mną źle. Niby zrozumiała.

NIE ZROZUMIAŁA.

Nagle okazało się, że tego dnia miała być druga część koncertu. Zawiodłam ją!!!
O drugiej części koncertu dowiedziałam się w czasie tej rozmowy. Nie miałam o tym pojęcia. Nie mówiła o tym, ale oczywiście to ja zapomniałam.
Nie zapomniałam, o niczym nie wiedziałam !!!
Zwolniła mnie przez FACEBOOK...i tylko dlatego, że do niej napisałam, dowiedziałam się, że już u niej nie pracuję. Nie miała odwagi powiedzieć mi, że jestem zwolniona w sposób cywilizowany. Zrobiłam dla tej firmy ogrom. Byłam od niemal początku, pomogłam rozwinąć firmę i tak zostałam potraktowana. Myślę, że była szefowa nie widzi swojego prawdziwego ja, nie widzi błędów, które popełnia. Bywała miła, ale bycie na najwyższym stołku ją zmieniło. Już jej nie oceniam, nie mam już z nią kontaktu. Nie wiem, jak jest teraz. Nie życzę jej źle. Niech będzie happy.

Wszystko działo się tak szybko. Radość zastępowały łzy.

Leki, które dostałam, pogorszyły mój stan, trzeba było iść do specjalisty. Kolejki niesamowite, lecz moja lekarka ogólna widząc, jak szybko choroba się rozwija, postanowiła mi pomóc, uruchamiając swoje kontakty. Do specjalistki dostałam się następnego dnia, jeśli dobrze pamiętam. Oczywiście stawy. Mój przypadek był dla lekarzy niejasny. Nikt nie potrafił określić, jaki to rodzaj choroby stawów. Trochę mnie to przerażało. Dostałam sterydy. Brałam przez rok z przerwą po 8 tabletek dziennie. Sterydy dało się znieść, brałam również tabletkę wielkości główki od szpilki, może ciut większej. Ta mała tabletka była dla mnie koszmarem. Nie umie opisać, ile łez przez nią wylałam, jakie omamy miałam. Pamiętam, jak leżałam w łóżku. Dwudziestosiedmioletnia dziołcha wołająca z zapłakaną twarzą; 'Mamo daj mi moje leki, daj mi je. Chcę umrzeć. Daj mi je'. Pamiętam to do dziś i nigdy nie zapomnę.

Choroba atakowała niemal wszystkie moje części ciała. Najgorsze były dłonie, kolana, stopy, kark i szczęka. Nie umie opisać, jak się czułam. To tak jakbyś stał na skraju życia. Wszystko się zmieni. Nie będziesz już tą samą osobą, nie będziesz mógł robić tylu rzeczy...

Nastąpił jednak dzień, w którym powiedziałam ze łzami w oczach, WALCZĘ O SIEBIE!

Walczyłam o zdrowie z całych sił, zalana potem, zalana łzami. Szybko jednak przestałam płakać, stres jest wielkim przyjacielem tej choroby. Przesuwałam nogę za nogą, połączyłam medycynę naturalną z alternatywną. Jadłam skorupki jajek, piłam różne eliksiry babci. Dietę stworzyłam sama, czytałam książki, artykuły. Stworzyłam plan działania. Z czasem udało się pojechać rowerem. Pamiętam, jak wycieńczona wjechałam pod górkę. Pamiętam ten ból, ten pot. Pamiętam dumę oraz ogrom radości mojej i mojego brata. Zawsze ktoś musiał być obok. To był taki mój pierwszy sukces. :)
Potem zaczęłam uprawiać jogę, było ciężko, ale człowiek, który zaznał ogromnego cierpienia, człowiek, który oprzytomniał, jest niepowtarzalnie silny.

Walka trwała 3 lata. Pierwszy rok był najcięższy. Nie skupiam się już na szczegółach, bo i tak tekst jest już sporych rozmiarów. Moja choroba zawsze będzie ze mną. Nie mogę tylko pozwolić, by się przebudziła. Walczę codziennie.

Chodzę, nie biegam, potrafię wspiąć się na szczyt góry. Mam parę ograniczeń, ale choroba sprawiła, że jestem teraz sprytniejsza. Jestem z siebie dumna, nie poddałam się. Przebudziłam się i pokazałam, że się da, a byłam niemal jak warzywo.

Na koniec chcę coś dodać.

W czasie choroby wiele osób mnie zostawiło. Usłyszałam zdania: 'teraz już do niczego się nie nadajesz'. Panie z Urzędu Pracy stwierdziły, że miałam trzy lata wakacji....
To były najcięższe lata mojego życia i zrozumie to tylko ten, kto przeżył coś podobnego. Tylko wtedy można zrozumieć tak naprawdę, co to znaczy walka o powrót do normalnego życia. Wyjście z tego bagna to mój największy życiowy sukces.

Jestem nawet wdzięczna za tą chorobę. Zrozumiałam, co jest ważne w życiu i ilu rzeczy tak naprawdę nie potrzebuję do szczęścia. Kiedy doznajesz bólu naprawdę ciężkiego, kiedy możesz stracić zdolność chodzenia, zdolność poruszania całym ciałem, BUDZISZ SIĘ! Bardzo się zmieniłam, poznałam również swoją siłę.

Ludzie się mnie pytają: 'gdzie pracujesz?' Nigdzie, szukam aktywnie. Zapytaj, co lubię robić, zapytaj, co sprawia mi radość.
'Czemu mieszkasz z rodzicami w takim wieku?' A no bo życie tak zadecydowało. Jest mi tu dobrze. Kiedyś dojdę, gdzie dojść mam. Idę wolno do przodu, ale idę i cieszę się drogą. Tak, cieszę się.


Pamiętam swoje pierwsze dobre wyniki. Popłakałam się, udało się. Ależ byłam dumna. Poczułam również ogrom zmęczenia, poczułam, jaka jestem wycieńczona fizycznie, jak i psychicznie.

Ludzie często oceniają przez pryzmat tego, co widzą, swojej wiedzy na nasz temat. Często jednak nie wiedzą nic.

Teraz wiem, co to PRAWDZIWE SZCZĘŚCIE. Żyję po swojemu i nie obchodzi mnie, czy komuś się to podoba, czy nie. Wiem, jak ważna jest chwila obecna, wiem, jak to jest być na skraju. Nie oceniam już ludzi. Nie wiem przecież, czy pani spod latarni robi to, co robi, bo jest pustą paniusią, która leci na łatwą kasę, a może jest inny powód, zupełnie inny. Nie wiem tego. Zwyczajnie nie oceniam. Oceniać to mogę samą siebie. Nie znam historii tej pani, wiec co ja mogę ocenić, przecież nic nie wiem. Oceniać można po zapoznaniu się dokładnie z daną historią.

Każdy przeżył swoje. Ja chciałam podzielić się z Wami tą historią. Obiecałam to sobie. Wiem też, że ta historia może być komuś pomocna.

Cieszmy się chwilą, coś jest, a zaraz tego może nie być. Róbmy to, co nas uszczęśliwia, nie patrzmy, czy coś jest modne, czy nie. Nie ważne, co myślą inni o naszej definicji szczęścia. Chcesz w wieku siedemdziesięciu lat poskakać po kałuży ? Zrób to. Ze szczerym uśmiechem spojrzałabym na starszą, rozradowaną osobę skaczącą po kałuży.


Dziękuję wszystkim, którzy to przeczytali od początku do końca.


wtorek, 13 czerwca 2017

🎕Ogrody Kapias część druga🎕


Witam serdecznie w drugiej części. Uprzedzam, że zdjęć jest znacznie więcej. Jak naliczyłam, to jest ich dokładnie sześćdziesiąt dziewięć. haha😅 Co tu poradzić, że tak kocham fotografię i tyle jest do pokazania. Wiele zdjęć pominęłam. Czasami ciężko mi wybrać, które mam zaprezentować, a które zostaną tylko dla mnie. 




Zapraszam, a właściwie zapraszamy na spacer po nowszej części 
Ogrodów Kapias.



Śmiesznie tu wyszłyśmy. Kocham to foto, jest tak naturalne i co jest najważniejsze, są na nim moje skarby. Jest mamita, jest aparat, jest przyroda. :)




Ogrody zachwycają na samym wstępie. Wielbię rowery i takie ozdoby są dla mnie niesamowicie piękne.




Jak tylko przekroczyłam bramę, to zaczęłam czuć się jak dziecko w krainie czarów. 






W ogrodzie Państwa Kapiasów znajdziecie ogród Zachodzącego Słońca, Wiejski, Angielski, Romantyczny, Włoski, Japoński i wiele innych. Przyjrzyjmy się niektórym.
* Cela 🙋  ominęłam ogród Japoński niestety, była sesja ślubna, potem mama mnie poganiała. haha Następnym razem zrobię wiele zdjęć tego miejsca.:)




OGRÓD WIEJSKI



Jest to spora chatka, ale mi oczywiście zachciało się zrobić tylko okienko. :D

Kocham takie klimaty.


OGRÓD ZIMA
 (Jak się nie mylę. haha Przewodnikiem to ja nie zostanę. :D )





Nie ma to, jak mamita pełna życia, która nie zapomniała, jak to jest być dzieckiem. ❤

WĄWÓZ WIOSNA


Jedna drugiej zdjęcia robiła.


PATIO WŁOSKIE
Mamita powiedziała 'Chodź, tu nic nie ma', Aga powiedziała 'Toż to cudo'.💙



OGRÓD LATO

Domek z twarzą. :D





OGRÓD ANGIELSKI


Zachwyciła nas ta pani.

Jak ja się ucieszyłam, że ta piękność dla mnie wytrwała. Jakbym miała ogród, to musiałabym ją mieć.💜


Uradowana madre to i córka się cieszy.

Pojawiły się pierwsze róże, teraz to jest ich tam pewnie sporo.
 Ogród angielski zachwyca. Z braku czasu zrobiłam tylko takie zdjęcia, ale jak już wspominałam, wrócę tam. Przyjrzyjmy się innym atrakcją, już bez podpisywania, nie chcę tu za bardzo zamotać.




 Sesji ślubnych to tam było kilka. Nie ma co się dziwić.

*Sylwia...wiem, że rozumiesz.



Tym oto rajem brzozowym zachwyciłyśmy się całym serduchem.




Powiem Wam, że dla mnie wszędzie było magicznie, raz bardziej, raz mniej, lecz zawsze czułam magię danego miejsca. Ukłon dla twórców tego raju. Na każdym kroku czuć ogrom miłości do przyrody.









Jest tu centrum ogrodnicze. Nie mogłyśmy w nim długo być, trzeba było uciekać, za dużo pokus. Kupiłyśmy tylko fuksję i cztery werbeny, które mama uwielbia. Jest tam sklep z ozdobami, gdzie zaczęłam wariować. Jako że jestem fanką ozdóbek do ogrodów, to był to dla mnie raj. Kupiłam jedną, za 6 złotych. haha 
Można również tam zjeść w bardzo przytulnym miejscu. My zjadłyśmy tylko lody, ale za to jakie pyszne. :)



Przejdźmy na koniec do roślin.

Ja nie widzę tylko kwiatka, tylko trawę. Ja widzę strukturę, czuję piękno, dostrzegam magię, doceniam  obecność, widzę małe detale, które często mnie wręcz powalają.








Czy ktoś wie, co to dokładnie jest?





Jest tam również szklarnia z kaktusami. :)


Co to jest? Bajeczne.









Cieszę się, że mogłam Wam pokazać to miejsce z mojej perspektywy. Ogrody Kapias są warte uwagi. Dawno nie widziałam miejsca tak przepełnionego miłością, autentycznością. Twórzmy ogrody, pomagajmy naturze, której w tych czasach nie jest tak łatwo.



Ps. Mama robiła mi zdjęcia głównie po kryjomu. Jest ich więcej. Jakie to piękne. To samo robi moja przyjaciółka. Te dwie kobiety są niezastąpionymi skarbami. 

Do następnego, a następnym razem podzielę się z Wami historią prosto z mojego życia. Tym razem będzie dużo, ale słów. 

Pozdrawiam.:)