poniedziałek, 11 września 2017

Dumna z Ciebie mamo. 💞


Kiedy dowiedziałam się, że jedziemy do Zakopanego, wiedziałam, że chcę wstać na wschód słońca. Niektórzy powątpiewali, że mi się uda. 😒😜
Oto druga część wyprawy pełnej magii.

Czwarta, a może parę minut po...nie pamiętam. Budzę się po może niecałych dwóch godzinach spania. Budzik nastawiłam za wczas. Nie chcąc zbudzić mamy, siedziałam po ciemku, wpatrując się w krajobraz. Zaczyna robić się jaśniej, usiądźmy na parapecie okna. O nie, mama się zbudziła. Zapytałam, czy będzie jej przeszkadzało, jeśli otworzę okno. Nie, oczywiście, że nie. 
Otwieramy okno.



Jest przyjemnie, cisza, gdzieniegdzie tylko zwierzęta dają o sobie znać. Siedzę, wyczekuję i jestem z siebie dumna. Nie weszłam na Rysy, nie przebiegłam maratonu. Wstałam na wschód słońca i jestem z siebie bardzo zadowolona. Doceniam życie i samą siebie, coraz bardziej. Wschód słońca uwieczniony. Kiedyś zdjęcie teraz nowe stanie się podstarzałe, moc będzie miało w sobie wielką. Da mi oraz innym, radość i o to chodzi, właśnie o to.



No, a teraz...wstawać. Oczy opuchnięte niemal do ziemi. Nie ma narzekania. Idziemy na obcykane, lecz przeze mnie lubiane Morskie Oko. Kij wzięty, by podpora była, prowiant jest, no to ruszamy.



Bus niemal cały przeładowany, udało się jednak usiąść. W czasie jazdy ludzi przybyło sporo. Ciasnota. Jedziemy sobie spokojnie, aż tu nagle słyszę...sprzęgło całkiem się zepsuło. Ja w takich sytuacjach mam już serce przy gardle, a moja wyobraźnia zaczyna tworzyć różne scenariusze. Musimy stanąć i poczekać na inny bus.
Dojechaliśmy, wszyscy cali i zdrowi. To już jest dar, nie każdy dojeżdża w wyznaczone miejsce.👈



Pierwszy plan mamy był taki, że pojedziemy na Morskie Oko dorożką, a w dół powędrujemy z buta. Nie wiem, czego się spodziewałyśmy, ale kolejki były ogromne. Mama nie może się zbyt wspinać, źle się czuje na wysokościach. Chwila...ona idzie. Nabrała chęci i chce iść. Miałam obawy, ale jak mama coś powie, to tak zrobi. Szła pięknie, patrzyłam na nią i łzy cisły mi się do oczu.








Trasa piękna, oczywiście upał. Było tak ciepło, że moczyłyśmy się w źródłach, piłyśmy wodę źródlaną, napełniałyśmy nią butelki, ludzie się rozbierali, a ile nerwów.
Coraz częściej to widzę. Nerwy, gdzie nie pojadę, widzę coraz więcej kłócących się ludzi. Nie oceniam, nic przecież o nich nie wiem. Jedna, bardzo liczna rodzina zajęła się rozmową na temat mojego zielonego topu. Zdziwiło mnie, ile można dyskutować na temat zwykłej zielonej koszulki.

Idziemy sobie i nagle z daleka widzę tablicę. Ohhh wspaniale, za trzydzieści minut jest już koniec trasy. Mama uradowana, obie zszokowane, że tak szybko nam to poszło. Uśmiech mamy mnie cieszy, gratuluję jej. Oczywiście pomyliłam się...zostało półtorej godziny. Słyszałam tylko mamy głośne...COOOOO...teraz to czuję się już zniechęcona. hahaha Uwierzcie mi, mamita szła z uśmiechem na twarzy.

No nie, ależ to miłe. Wyglądam, jak naćpana kobieta w średnim wieku, z włosami oblanymi tłuszczem, a tylu mężczyzn się uśmiecha. Miło mi. Idę rozradowana przed siebie.



Widzimy już koniec trasy. Duma z mamy jest ogromna.Gratuluję mamo. Brawo...a teraz biegnijmy, idzie burza. Robi się niebezpiecznie. Ledwie docieramy do schroniska. Leje, silnie grzmi, jest pięknie. Ludzie pchają się do środka, przejść się nie da. My utknęłyśmy przy schodach. Pewien góral obstawiał, że będzie tak padać przez dwie godziny. Padało może z dwadzieścia minut.

Wyszłyśmy i moim oczom ukazało się to cudo. Pierwszy raz byłam tam latem. Mama została u góry, a ja zeszłam na dół, do jeziora. Za dużo ludzi. Poszłam dalej, niebezpiecznie, kamienie po deszczu śliskie. Uważałam. Pokażę Wam moi drodzy teraz parę zdjęć. Ja tam czułam magię. Nie byłam tylko nad Morskim Okiem, ja je poczułam.













No, a teraz wyjaśnienie. Wiecie czemu tylu mężczyzn i nie tylko się do mnie uśmiechało.? Pić mi się chciało i kupiłam sobie napój energetyczny, który dał mi power. Nie wiedziałam tylko, że barwi on wszytko na niebiesko. Więc szłam z niebieskimi zębami, językiem i ustami przez parę godzin. Co na to mama? Śmiała się.😄


Tu zbyt nie widać, ale to już parę godzin po wypiciu napoju.:D

Trasa w dół:









Nie chcę zanudzać, bo jak zawsze tekst jest spory. Chcę jeszcze raz zaznaczyć, jaka byłam dumna z mamy. Zresztą i mój brat i tata gratulowali. Pokonała swoje słabości, okazało się, że potrafi. Nie była to może wspinaczka górska, bo ciężko to tak nazwać, ale była to walka ze swoimi słabościami. WYGRAŁA.



Idziemy spać, już niemal spakowane. Ostatni dzień spędziłyśmy spokojnie. Szczerze, Krupówki w ogóle nas nie zainteresowały. Naszym zdaniem, zatraciły one swój klimat. Wyglądają teraz jak typowe centrum z typowymi sklepami. 
Takie perełki tam jednak jeszcze się ostały. Zdecydowanie wolę starszą architekturę.👇




Usiadłyśmy na schodach, zajadając lody, ulga. Zwiedziłyśmy kościół Najświętszej Rodziny. Myślałam o Was, wiele z Was lubi oglądać wnętrza kościołów. To dla Ciebie i Ciebie, i jeszcze dla Ciebie.😉




Wyprawę zakończyłyśmy koncertem słowackiego zespołu. Powiem Wam, że wspaniale się bawiłyśmy. Siedziałyśmy na trawie pod drzewem i ruszałyśmy się w rytm czarującej muzyki.




 

Mały bonus. 

video

Kochani, to była krótka wyprawa, lecz jedna z piękniejszych. Znacie te reklamy, gdzie pokazują jakiś kraj i wszystko jest takie śliczne, wręcz przerysowane, jak z baśni. Ja byłam na takiej wyprawie, nie była przerysowana. Moje oczy widziały magię. 
Cieszę się, że mam w sobie jeszcze tyle dziecka. Pewnie dlatego widzę piękno tak, jak kiedyś, kiedy byłam małą dziewczynką.



Życzę Wam wielu takich podróży. Do następnego.





piątek, 1 września 2017

Nasza perfekcyjna chwila. 👧👩


Siedzę sobie na łóżku. Mama już śpi, od rana na nogach. Księżyc pięknie oświetla Zakopane. Serce zabiło mi mocniej na widok oszałamiającego krajobrazu za oknem. Krzyknęłam: ' Mamo... gaś światło'. Chciałam zrobić zdjęcie, miało być jednym z moich najlepszych. Niestety mój aparat nie jest w stanie zrobić dobrego zdjęcia nocą. Trudno...zrobię kiedyś, zrobię i już.



Jest już po 23:00. Jako nocny marek, mimo całego dnia na nogach, mimo tego, że zeszłej nocy spałam tylko trzy godziny to i tak nie zasnę wcześnie. Nie ma na to szans.
Wyobraźcie sobie mnie w średniej wielkości pokoju, jest balkon, są kremowe ściany, są wspaniałe widoki. Zakopane błyszczy, zaznaczając swoje miejsce na ziemi. Ja uradowana tym widokiem, spoglądając na kobietę mi najbliższą, piszę do Was w starym, rozlazłym zeszycie w linie.




Czy kiedykolwiek zdarzyło się Wam, że Google mapy się pomyliło? Znalazłam pokój w rozsądnej cenie. Sprawdzam lokalizację, pisze, że trzydzieści minut spacerem do Krupówek. Sprawdzam na stronie jednej, drugiej, trzeciej...wszędzie pisze to samo. Rezerwacja zrobiona, zapłacona część za  pobyt. Parę dni później brat mi mówi, że madre jest wściekła. Szok. Pensjonat jest ponad godzinę drogi od centrum.
Wylądowałyśmy w Kościelisku. Oczywiście to nie ja się pomyliłam. Nie tym razem. 😁
Mama wściekła nie była. Autobusem jeździmy do centrum może piętnaście minut. Do tego największe szczyty widzimy z okna. 
(jedne z wyższych ;))

Droga do Zakopanego...oj oj...długa i męcząca. Korki zgroziczne. Tylko wyszłyśmy z autobusu i poczułam, że lada moment, a się roztopię. Ludzie się po sobie denerwują. Co się tu dzieje.?

Nagle stojąc na przystanku, facet zaczepia mamę. Facet totalnie ' świrnięty'. Udawał, że nie zna swojej żony. Żartował co chwila, ale w sposób naprawdę fajny. Byli to ludzie na pewno oryginalni i otwarci. Miła odmiana po tych skrzywionych minach, jakimi Zakopane nas przywitało. Bez obaw, potem było już dobrze. 😊



Wychodzimy niepewnie z busa na ulicę Sobiczkową. Trzeba się wspinać, szukamy Drogi na wierch, gdzie mieści się nasz pensjonat. Chwilka wspinaczki i jest...ale mama uprzednio rozmawiając z właścicielką pensjonatu, która powiedziała jej, że trzeba skręcić za drugim lustrem, stwierdziła, że  mimo iż widzimy obie nazwę ulicy to, to nie może być TA Droga na wierch. Minęłyśmy przeca tylko jedno lustro. Mówię mamie, że nie może tu być kolejnej drogi o takiej samej nazwie. Mama chce się wpinać. W końcu Droga na wierch musi być na wierchu. buhahahah
Oczywiście musiałyśmy się wracać. Nieźle się pośmiałyśmy, głównie ja.
Może to przez tę męczącą podróż, mózgi nie pracowały należycie. 😅

Domek ładny. Okolica piękna, bardzo cicha. Widoki powalają. Nawet z łazienki roztacza się malowniczy krajobraz.
Spójrzcie, spójrzcie. Tam nawet widać Giewont.




Długo w pokoju nie zostałyśmy. Przyjechałyśmy tu na dwie noce. Trzeba wyjść i odkryć, coś nowego dla naszych oczu i serc.
Wybieramy się na Gubałówkę.



Idziemy przez zapełnione po brzegi Krupówki. Upał jest tak wielkiej siły, że chodzę jakoś nie do końca prosto. Kolejki nie są duże, szybko kupujemy bilety i wędrujemy w górę, modląc się, by szybko tam dotrzeć. W wagonie powietrza już wszystkim brakowało. Uff...udało się przeżyć, jesteśmy.



Widoki piękne. Światło, by zrobić dobre zdjęcie...tragiczne. No, ale robię jedno, drugie...setne.
Już wiem, że będę dniami zastanawiać się, które zdjęcia opublikować. (właśnie tak było)
















Gubałówkę obeszłyśmy niemal ze wszystkich stron. Zjadłyśmy niezbyt zdrową pizzę, popijając colą, ale za to z jakim widokiem.






Kochani, idę kupić pocztówkę, patrzę, a tam cudny, wysoki blondyn o przemiłej twarzy. Serce puka mi  jakoś mocniej. Myślę sobie: ' Zrób coś, nie zmarnuj tego'. Idę kupić tę pocztówkę, zestresowana. Patrzę na niego, potem na jego rękę...żonaty. Mój pech. bu ha ha ha


Mogło być tak...



...a jest tak...bu ha ha ;D


Znacie mnie już nieco. Wiecie dobrze, że stawałam CO CHWILĘ, by zrobić zdjęcie. Widzę coś pięknego i zwyczajnie muszę to uwiecznić. Zobaczcie, toż to same cuda natury.















Coś czuję, że podzielę tę wycieczkę na dwie części. Jeszcze nie wiem, co jutro się wydarzy, może nic specjalnego, ale już sporo napisałam, a to nie koniec. Wiem już z góry, że będę chciała Wam pokazać, jak najwięcej zdjęć. Uczę się fotografii, chcę uczyć się i ukazywać swoje postępy, a nawet błędy. Chcę, byście czuli się, jakbyście teraz siedzieli ze mną, w tym pokoju, o tej późnej godzinie, słuchając melodyjnego chrapania mojej mamy.💤♭♭♭

Wróciłyśmy do pensjonatu około osiemnastej, a może dziewiętnastej. Mama była już bardzo zmęczona. 




Wieczorem poszłyśmy na spacer po okolicy. Chciałam zrobić zdjęcia zachodu słońca. Niezbyt był widoczny, ale to nieważne. Spójrzcie na te widoki powyżej na zdjęciu. To zaledwie dwie minuty od naszego domku.
Mama wspięła się dla mnie nieco wyżej. Usiadła zmęczona. Chciała iść, chciała iść dla mnie. Nie wiem, ile razy usłyszała ode mnie: KOCHAM i ile buziaków dostała.
Tak! Rodzinę mam wspaniałą, nie idealną, absolutnie nie, jednak w tej kwestii dostałam ogrom. Latałam z aparatem, robiłam zdjęcia i cały czas dziękowałam za tę kobietę, za tego brata, za tego tatę, za tego naszego pieska kochanego, za tą przyjaciółkę niezastąpioną, za ten aparat, za ten wyjazd, za tę trawę, za te owce.











Usiadłam z madre na schodach, czułam miłość i wiedziałam, że ona czuje moją. Patrzyłyśmy na góry, na chmury nad nimi. Rozmawiałyśmy, nie raz, nie dwa wyznając sobie miłość.
Chwila perfekcyjna.




Myślę, że na tym zakończę. Nawet nie wiem, która jest godzina. Chwilkę...jest 00:10. Jeszcze nie pójdę spać. Coś porobię. Pewnie też zatopię się w nocny krajobraz tego miejsca.
WDZIĘCZNA.