piątek, 18 sierpnia 2017

Mała Sophie. 👥


Sophie, mała kobietka. Nie jest taka sobie zwyczajna. Ma w sobie coś unikalnego. Sophie widzi prawdziwą magię na około. Sophie widzi również prawdę. Jest dobrą dziewczynką, ma serce przepełnione miłością, którą pragnie się podzielić. Dziewczynka ta potrafi ładnie rysować. Głosik ma silny. Śpiewa tak, że możesz poczuć głębię wynikającą niemal z każdej piosenki. Sophie ma wiele talentów. Problem w tym, że o nich nie wie.
Dlaczego nie wie?
Może rodzice nie byli zdolni zauważyć, jaką wspaniałą córkę posiadają...
Może liczne docinki nauczycieli w szkole zabrały jej pewność siebie? Może za często była męczona przez rówieśników? Rzucili ją na szybę, wyzwali od grubasa, kradli jej rzeczy, rzucali kamieniami, wmawiali jej, że jest nic niewartym śmieciem.
Może fakt, że nie chcieli koło niej usiąść, ponieważ jest ZARAZĄ? Może fakt, że obsmarowali jej rzeczy kałem, spowodowało, że Sophie zaczęła wierzyć w to, że jest NIKIM.
Mała Sophie zastanawiała się, gdzie są jej bliscy, dlaczego przychodząc zapłakana do domu, nie dostawała wsparcia. Dlaczego pomimo siniaków na ciele, zawsze to ona była winna.? DLACZEGO?




Sophie czuła się samotna. Nikt o nią nie walczył, nikt się za nią nie stawiał. Musiała walczyć sama...rok, drugi, piąty. W pewnym momencie się poddała. Pięć lat, a może dziesięć starania się, a tu nadal rzucają ją kamieniami, nadal wraca posiniaczona, nadal walczy sama. Nie pójdzie już do szkoły. Nie może, boi się, niemiłosiernie się boi. Zamiast na zajęcia, pójdzie w stronę działek, popatrzeć na spokój tego miejsca. Tam nikt jej nie ocenia. Nie zdała. Obwiniają ją, ona również siebie i tylko siebie obwinia. Zaczyna siebie nienawidzić. Coś musi być z nią nie tak.
Przecież nikt o nią nie walczy. Woła o pomoc, krzyczy, płacze, wyje. Niestety pomocy nie otrzymuje. Jest sama z tymi siniakami, szramami, zapłakanymi oczyma. Jest sama, kiedy ją okradają, jest sama, kiedy okazuje się, że ma problemy ze zdrowiem. Słyszy tylko żale: 'Dlaczego chorujesz... to Twoja wina'. Nie rozumie tego, nie rozumie, dlaczego nikt nie walczy, nie jest cenna dla nich...jest NIKIM?

Zaczęli, zaczęli walczyć. Zabrali ją na rozmowę z nauczycielami, nie stawili się za nią. Jej szramy, jej rozdarte książki...to wszystko jej wina. Tylko i wyłącznie trzeba ją leczyć. Sophie nadal nie może zrozumieć, przecież ona woła o pomoc głośno, bardzo głośno. Bliscy dziwią się, przecież już ci pomagamy.
Pomagacie?
Nie robicie tego. Ja pragnę, byście mnie wspierali, byście poszli do szkoły i nagadali nauczycielce, która książki wyrzuciła mi za drzwi i tej drugiej, co nabijała się, że chodzić nie potrafię. Chcę, byście widząc moje łzy, przytulili mnie, mówiąc, jaka jestem piękna, silna i unikalna. Chcę, byście ze mną usiedli i porozmawiali, przecież jestem jeszcze małą dziewczynką, a może już nastolatką...
Chcę czuć waszą miłość. Chcę czuć się ważna dla was. Spójrzcie na moje szramy na ciele. W szkole mi to zrobili. Rzucono mnie na szybę, mówiąc, że jestem NIKIM. To WAS potrzebuję, potrzebuję rodziców. Jesteście nimi czy nie?

Sophie będzie miała wsparcie, będzie czuła się kochana. Rodzice otworzą oczy i zrobią wszystko dla Sophie. Nigdy jednak nie wybaczą sobie swoich wcześniejszych błędów.
Sophie będzie miała nieco problemów. Ciężko będzie jej docenić samą siebie. Ciężko będzie jej zaufać innym. Nie będzie potrafiła pokazać na, co ją naprawdę stać. Niestety będzie bardzo często o wszystko siebie obwiniała.

Jest już silna, walczy i mówiła mi, że spełni swoje marzenia. Powiedziała mi, że dużo ze sobą niesie, ale powoli zrzuca balast. Dawno już mogła osiągnąć wiele. Droga jest długa, zawiła, co ma poradzić... Przez lata była sama, przez lata była nic niewartym śmieciem. 
Powiem Wam coś, znam ją...DA SOBIE RADĘ I TO BARDZO DOBRZE!

Sophie jest silna. Myślę, że jest dużo silniejsza niż sama myśli. Tylko co jeśli ktoś już tak silny nie będzie? Mimo wsparcia, jeśli już je dostanie. Co będzie z tym słabszym? Co?


Napisałam to opowiadanie całkiem niedawno. Jest to zbitek różnych prawdziwych historii. Nie jedna skończyła się źle.
Jest wiele takich SOPHIE. 

WALCZMY O SWOICH BLISKICH, WSPIERAJMY, ROZMAWIAJMY, BĄDŹMY, POKAZUJMY NASZĄ MIŁOŚĆ ZAWSZE I WSZĘDZIE.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Wspinaczka górska i małe kuku. 🙉


Chciałabym zrobić coś zupełnie nowego. Chcę poczuć, że żyję całą sobą. Co by tu zrobić? Siadam przed komputer. No nie...znów to samo, nic się nie dzieje. Chwileczkę! A co to... wycieczka w góry. Wchodzę, aby sprawdzić szczegóły. To coś więcej to wycieczka z ' wyższym celem'. Celem jest zdobycie szczytu Skrzyczne. Nigdy nie zdobyłam żadnego.
Spójrzmy:
Nogi = ok. Może nie jak u biegacza, ale jakieś tam mięśnie są. 
Kondycja = może dam radę.
Zdrowie = jest dobrze.
Chęci = ogromne.

Brat również odczuwał chęć zrobienia czegoś nowego. Idę, mówię mu o tej wyprawie. Waha się. Pokazuję zdjęcia, widoki zapowiadają się wspaniale. Teraz już oboje chcemy. Biegnę sprawdzić, czy jeszcze są bilety...uff...są. Patrzę na nie i czuję, że zaczyna się nowy rozdział w moim życiu.

Tak też się stało. Szczyt Skrzyczne, mój pierwszy szczyt zdobyłam w złych warunkach pogodowych. Dosłownie co chwilę pogoda się zmieniała. Weszłam na tę górę w trampkach. Wiem, nie powinnam. Był śnieg, był upał, było błoto, był lód, było wszystko. Kompania była wyśmienita. Na początku trasy powiedziałam: 'Padam. Nie dam rady'. Potem wyprzedzaliśmy innych z uśmiechem na twarzy.
Tak właśnie znalazłam tę pasję, która otwierała i nadal otwiera nasze serca na nowe przygody.
Plany były wielkie. Mieliśmy zdobyć największe szczyty w Polsce. Mieliśmy również z bratem plan większego kalibru. Przejedziemy rowerami ze śląska nad morze i ze śląska do Szczawnicy.
Rower musieliśmy dokupić. Mamy, jedziemy na przygodę życia.
Zachorowałam na stawy. Po planach. Teraz plany traktuję z przymrużeniem oka. Robię swoje najlepiej, jak potrafię. Resztę zostawiam Bogu.
Nic nie szkodzi, chodzę  po mniejszych górach, chodzę i cieszę się wolnością, którą chyba każdy miłośnik wspinaczki górskiej czuje.
Długi wstęp, wiem. :D

Niedawno wybraliśmy się na lubianą przez nas górę. Zdobyliśmy po raz kolejny Stożek Wielki                       (978 m n.p.m.).





Pogoda tego dnia nam dopisała, choć ilość potu, jaki z siebie wylaliśmy...nie do opisania. Zawsze jeździliśmy z kimś, tym razem byliśmy sami. Samo dojście do szlaku swoje trwało.





Zaczynaliśmy wędrówkę z centrum Wisły. Oczywiście weszliśmy na zupełnie inny szlak, niż chcieliśmy.       U nas w rodzinie jest tak, zawsze się gubimy. Jadąc z nami na wycieczkę, spodziewaj się, że przynajmniej raz zabłądzisz. Tym razem też tak było... oczywiście. Lubię to. Błądzisz, szukasz drogi, uczysz się, musisz często wykazać się sprytem, widzisz więcej. Jest adrenalina. :D
Wylądowaliśmy tu. 👇 Gdziekolwiek to było. hahaha



Trasa od początku nie była łatwa (dla nas 😅). Mimo że najpierw szliśmy drogą asfaltową, bez wzniesień, to upał powodował, że wydawała się ona trwać wiecznie.
Spójrzcie, jaki kubek sobie zrobiłam. hehe



Aparat nagrzewał mi się niemiłosiernie, musiałam być ostrożna. Biegałam z cienia w cień. Widoki śliczne, przyroda zachwyca. Mimo upału, na który źle reagujemy, mimo to warto iść krok po kroku do przodu. Jak w życiu. Często najcięższe drogi prowadzą ku najpiękniejszym widokom naszego życia.





Robi się stromo, dość niebezpiecznie. Kamienie się osuwają. Nie robię zdjęć. Muszę skupić się na drodze. Chwila, moment, a cóż tam jest po prawej? No nie mogę, co za szczęście, kozy.
Wyobraźcie sobie małą dziewczynkę z dwoma kucykami zachwycającą się tymi słodziakami, to ja (choć mała już nie jestem haha). 😃💕







Stromo było praktycznie cały czas. Idziemy i idziemy i....idziemy. Nagle jest rozwidlenie dróg. No i co teraz, nie ma oznaczenia. Idziemy w prawo. Oczywiście źle. Wracamy. Droga w lewo dziwnie wygląda. Płasko jakoś. Widzimy ogromną górę po lewej. Chodzimy już dwie godziny i to cały czas pod górę, cały czas jest stromo. Czyżby to Stożek? Nieee... Przecież widzimy podnóże góry. 
Tak patrzę, byliśmy już na Stożku z innej strony. Może jednak...ohhh tak, to Stożek. Jakim cudem? Tyle już przeszliśmy, a my tu całą górę przed sobą widzimy. Nie mam pojęcia, jaką trasą szliśmy. Ludzi widzieliśmy raz. Koło zrobiliśmy spore. Śmieszy mnie to do teraz. 


To zdjęcie jest już zrobione dużo po tym, kiedy zrozumieliśmy, że tam jest nasz cel wspinaczki. :D

Tak długo na Stożek jeszcze nie szłam. hehe Widzę w tym same plusy. Nowe miejsca zwiedziliśmy, nogi wyćwiczyliśmy, słabości przezwyciężyliśmy i co najważniejsze...serca uradowane.



Wydaje się jakbyśmy byli na innej górze...byliśmy. :D

Zalani potem po bardzo stromym odcinku na szczyt Stożka, usiedliśmy na ławce, bardzo radośni. Litry napojów wypite, zdjęcia zrobione.Widok gór zawsze mnie uspokaja. Będąc na szczycie, czuję, że wszystko mogę osiągnąć. Takie widoki podziwialiśmy.






Schodząc w dół, ja zawsze mam dużo energii. Chyba z powodu dumy, że mimo choroby potrafię. Ostrożna zawsze jestem.





Nagle coś poczułam. Mój but stał się bardzo wilgotny. Idę dalej, już tak miałam...durne buty. Zaraz centrum. Siadam na ławce. Sprawdzam. Cała lewa stopa zakrwawiona. Starszy pan przerażony mówi, że trzeba opatrzyć. Jestem przygotowana na takie przygody. Jeden z palców wygląda jakby dziura w nim była. Panikuję. No ale to niemożliwe. Wyciągam, co trzeba. Kochany brat przemywa mi stopę. Krew się leje, na chodniku już muchy ją popijają. Słabo mi. Brat robi co może, bardzo mi pomaga. Uspokoił mnie, to tylko mała rana. Opatrunek był spory, krew bardzo przeciekała. Pomoc brata mnie wzruszyła. Zawsze powtarzam, że mam wymarzonego brata. 💖



Nie mogłam nałożyć buta, nie było szans na to. Marcin ściągnął skarpetki i co...i żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. haha
Przez całe centrum Wisły szłam w jednym bucie i skarpetkach na drugiej stopie. Tak się śmiałam, że ludzie zaczęli śmiać się ze mną. Czułam ból, ale zwyczajnie cieszyłam się, że to nic wielkiego. Wyglądałam zabawnie, naprawdę zabawnie. Wiecie co, bardzo fajnie wspominam ten dzień, a przejście przez centrum, wśród tłumów w skarpetkach, powiedzmy o lasce, traktuję jak super przygodę. Oooo tak, dobrze, że miałam kijek. Były dwa, ale jeden na wstępie zepsułam.
Kocham te nasze wspinaczki. Marcin to brat cudowny, to mój przyjaciel prawdziwy, a wyprawy z nim to czysta przyjemność.







Pozdrawiam kochani. Ja wybieram się teraz na kolejną wyprawę. Krótki wypad matki z córką. Uwielbiam.
Do następnego.😘🎕

piątek, 28 lipca 2017

Myśli płynące... 🖆


Postanowiłam podzielić się z wami, jak ja to nazywam 'Listami do samej siebie'.  Piszę je od lat. Zawsze są pisane z głębi serca, o tym, o czym serce chce porozmawiać w danej chwili. Czasem są to radosne myśli, czasami nieco mniej. Czasem wylewam z siebie całą falę smutku, czasem całą falę radości. Jak w życiu.
Zapraszam. ✍




Niedziela, jak to zazwyczaj u mnie bywa, niedziela jest dniem pełnym niesamowitego....lenistwa. Usiadłam właśnie na balkonie, na którym już pojawiły się kwiaty. W tym roku nasz balkon latem zawsze pełen barw i zapachów ograniczy się tylko do paru roślin. Nie martwię się tym za bardzo, ponieważ i tak mogę stworzyć tu swoją małą oazę. Postaram się w tym roku być bardziej kreatywna.
Tekst, który teraz piszę, nie jest zbyt powalający. Nie umie się do końca skupić. Jest strasznie parno, cień znikł na parę godzin, niebo bez najmniejszej chmurki. Pot zaczyna mnie zalewać, a do tego w skupieniu przeszkadza mi żywa orkiestra natury. Ptaki dziś dają prawdziwy koncert. Im ta pogoda najwyraźniej bardzo odpowiada.
Tak patrzę przed siebie, w prawo, w lewo i nie widzę tych niesamowitych muzykantów. Można sobie wyobrazić, że to drzewa tak do nas pięknie śpiewają. Natura robi co może, by nas uszczęśliwić. Natura tak się stara, bezustannie się stara.
Dziś dała nam błękitne niebo, dzięki któremu słońce może oświetlić piękno liści na drzewach, blask wody, pozwala dojrzeć ropuchę w stawie. 
Tak wielu ludzi zamknęło się w czterech ścianach. Tak wielu ludzi idzie, nic nie widząc. Pamiętam, jak robiłam zdjęcia krokusów parę miesięcy temu. Pamiętam, jak ludzie byli zainteresowani tym, co robię. Pamiętam, jak nie jeden mówił: 'O to już krokusy są...'. 
Nie był to początek ich krótkiego oraz niesamowitego kwitnięcia. Było ich wszędzie pełno. Idziecie, macie otwarte oczy, a nie widzicie. Zawsze będę zaznaczać, że nie piszę o wszystkich. Zwyczajnie próbuję dotrzeć do tych, co 'oślepli', ponieważ widzę, jak drastycznie liczba takich osób rośnie. Może nie z prędkością światła, ale z pewnością za szybko.
Zawsze śmieszy mnie, kiedy ludzie dziwią się, że nie gram w żadne gry komputerowe, nie lubię zakupów, makijażu...
Śmieszy mnie to, ponieważ jest logiczne, że nie  każdy to lubi, nie każdy podąża za modą itp. Ludzie pytają mnie zniesmaczeni, nie wiadomo dlaczego:' To, co ty w ogóle robisz w wolnym czasie?'.
No jeżdżę na wycieczki, a to rowerem, a to busem. Chodzę na spacery, często dość odległe. Fotografuję, co jest moją pasją. Zajmuję się moim małym balkonowym ogrodem, czytam, rysuję, odkrywam, spotykam, słucham, doceniam, śpiewam...
Ja się nie czepiam, że spędzasz pół dnia przed komputerem, a ty nie czepiaj się, że ja spędzam go w ogrodzie. Ludzie naprawdę potrafią się czepiać. No, ale ok...taka nasza natura. Ani ty, ani ja nie jesteśmy idealni, nigdy też nie będziemy.






Taki tekst sobie powstał. Prosto z serca, taki sobie tekst. Podczas pisania cały czas towarzyszył mi śpiew ptaków i cień...słodki cień długopisu, którym właśnie piszę. Spoglądam w górę na błękitne niebo, a tam promienie słońca do mnie mrugają. Biały puch z drzew leci, tworząc magię na około. Czy widzisz tę magię? Czy dostrzegasz ten dar, który został Ci dziś podarowany.?

Mamy wzrok kochani, cieszmy się nim. Podziwiam niewidome osoby, które robią wszystko, by poczuć to, czego nie mogą zobaczyć. Takie osoby powinny być oklaskiwane.👏

List ten napisałam wiosną. Widzę w nim wartość i dlatego się nim podzieliłam. Będę to robić, co jakiś czas. Cieszmy się kochani tym, że możemy widzieć siebie nawzajem, możemy widzieć całe piękno natury. Widzimy też ogrom zła, ale mamy ten dar, którym jest wzrok. Widzimy takie cudeńka, WIDZIMY. 🎆















DO NASTĘPNEGO KOCHANI. 😘



środa, 19 lipca 2017

Widzisz to, co chcesz zobaczyć... 👀





Chcę napisać o czymś ważnym, o czymś, co spotyka mnie regularnie, coś, co wyniszczało mnie przez lata. Wierzę, że to, co napiszę, będzie komuś przydatne.

Od lat borykam się z tym, że niektóre bardzo bliskie mi osoby, widzą mnie zupełnie inaczej, niż jest w rzeczywistości. Osoby te bardzo niszczyły mi poczucie własnej wartości. Szczególnie za młodu. Teraz już zrozumiałam, że widzą oni to, co chcą widzieć, a ja przecież nie jestem tym,  kim oni mnie widzą.
Jak mnie widzą, jak widzieli:
Aga, stara panna, coś jest z nią nie tak. Szuka księcia z bajki.
Aga, ciągle tylko leży, nic się jej nie chce.
Aga, nic nie doświadczyła.
Aga, nic nie potrafi, nic nie rozumie.
Aga, nie ma nic do powiedzenia, a jej problemy to żadne problemy.
Aga, królowa wielka (czytaj leń, czytaj bezczelna).
Aga zawodzi.
Aga jest jakaś dziwna, nie żyje tak, jak na jej wiek przystało. Może powinna iść do psychologa...hmmm
Aga nie nadaje się do niczego, bo przecież nic nie potrafi WYSTARCZAJĄCO dobrze.
Mogłabym jeszcze wypisać tego więcej. Tekst ten jest dla wszystkich, jest po to, by pomóc, by uzmysłowić, że wiele osób tak ma, by uzmysłowić coś osobom, które tak robią oraz tym, które są ofiarą ślepców.

Od lat wmawia mi się, że nic nie doświadczyłam w życiu, a raczej, że to, co mnie spotkało, jest niczym, nic nie wiem, nie rozumie, co to życie.
Wiecie, jak to jest? Na pewno, wiele z Was wie. Robisz, co możesz, całymi dniami czymś się zajmujesz, uczysz się języków, pomagasz, jedziesz w odwiedziny do bliskiej ci osoby i zamiast spędzić miło czas, wysłuchujesz przykładowo: ' Powinnaś zrobić to i to, czemu ty nigdzie nie wychodzisz, czemu nie masz znajomych. Język angielski? Ty tylko leżysz. Co? Ty sprzątasz? Na pewno mama wszystko za Ciebie robi. Myjesz okna??? Niemożliwe. Przez te stawy do niczego się nie nadajesz'. Jak to teraz piszę, to chce mi się śmiać, kiedyś pewnie bym się popłakała. Jakie oni brednie mi wciskali i nadal potrafią wciskać.

Lata tłumaczyłam im, udowadniałam, jak ich obraz mojej osoby różni się od prawdy. Ileż razy pytałam, skąd im się to bierze, ileż rozmów odbyłam. Gadałam jak do ściany. Teraz już przestałam, ile można. Widzą to, co chcą widzieć.
Mogą słyszeć, jak mówię po angielsku, a i tak usłyszeć potrafiłam takie zdanie bez sensu: ' Pewnie mówisz byle co, i tak nie rozumiemy, więc możesz zmyślać.'
Widzą, że co chwilę coś robię, ale i tak usłyszę, że nie robię nic. Już to olewam. Postanowiłam ograniczyć kontakt z tymi osobami do minimum. Osoba, która powinna być moim wsparciem, tylko mnie ciągnie w dół. Skończyło się!!!! Nie można z nimi nawet porozmawiać, oni widzą tylko swoje racje, oni przeżyli najwięcej, oni wiedzą wszystko, ty nie wiesz nic. Jeśli już wiesz, to podlega to długaśnej analizie, czy to na pewno jest prawdą, to o czym mówisz.... hmmm.

Piszę ten tekst  dla wszystkich niedocenianych. Nie słuchajcie tych bredni, nieważne kto je wypowiada. Powtórzę się, LUDZIE WIDZĄ TO, CO CHCĄ WIDZIEĆ. My nie jesteśmy wersją, którą oni sobie wytworzyli. Widocznie sami mają kompleksy, niespełnione marzenia, jakiś problem ze sobą.
Nie daj sobie wmówić, że nic nie wiesz, że nic nie doświadczyłeś, nie daj sobie wmówić, że jesteś kimś innym niż w rzeczywistości, że żyjesz nie tak, jak powinieneś w danym wieku, nie daj sobie wmówić, że nie masz nic do powiedzenia, że nic nie potrafisz. Nie słuchaj tego.

Ludzie tak często są wyniszczani przez ludzi. Wierzę, że jeśli już tu jesteśmy na tym świecie to po to, by być szczęśliwymi i rozdawać to szczęście, dzielić się doświadczeniami, pomagać sobie nawzajem. Jeśli ktoś nie widzi Twojej wartości, to bardzo mi przykro, jest zakompleksionym ślepcem.
Nie ma co się trzymać takich osób, nawet jeśli to rodzina. Nie mówię, że te osoby są złe. Ja oczywiście nadal odwiedzam, nadal się troszczę, bo jednak uczucia są, ale te osoby mało o mnie wiedzą. Każda moja pasja, marzenie im nie odpowiadało, więc skończyłam dzielić się z nimi moim życiem tak, jak kiedyś. Jest mi z tym lepiej. Im może nie, ale nie obchodzi mnie to. Już nie. Czasami chcę im coś powiedzieć o fotografii, ale tylko zaczynam i już żałuję, więc praktycznie nie wiedzą już nic. Ja za to czuję się wolna!!!!

Takim osobom zawsze jest za mało. Uczysz się jednego języka i zamiast dostać wsparcie, to słyszysz, że wypadałoby nauczyć się drugiego, a najlepiej i trzeciego, bo przecież córka sąsiadki zna ich pięć. No tak i zawsze inni są bardziej wykształceni, szczęśliwsi, spełnieni, obrotni.... Masz dużo zajęć, masz dużo zainteresowań, ale jesteś leń śmierdzący, bo parę lat temu nie poszłaś na studia.
Bliska mi osoba myśli, że ja w ogóle ludzi nie znam, że z domu nie wychodzę, tylko leżę, albo bezużyteczne rzeczy robię, rzeczy nic nie warte, bo przecież pasje nic nie są warte, nie zarabiam na nich, więc co to warte, nic. Żałosne. Naprawdę śmiać mi się chcę z takich osób. Oni oczywiście idealni są, a jak już popełnią w życiu błąd to przecież nic takiego. Ty jak popełnisz błąd, to już trzeba Ci go przypominać przez długie lata, tak byś nie zapomniał, nawet jeśli błąd już naprawiłeś.

To jest smutne, że osoby, które mogłyby być i powinny być dużą częścią mojego życia, postanowiły wybrać inną drogę. Ich wybór, nie mój.

Osoba, która jest głównych bohaterem tego szajsu, chyba nawet nie wie, że fotografuję, nie ma pojęcia o blogu, nie wie, jakie mam marzenia. Już nie wie. Wszelkie próby nawiązania bliższego kontaktu z tą osobą kończyły się zawsze tak samo. Osoba ta nie zasługuje na to, by znać moje marzenia. Osoba ta wie lepiej, jak powinnam żyć. Z moich marzeń i tak nic nie będzie. Osoba ta i tak widzi swoje. Szkoda już mojego czasu. 

Tak jak pisałam, choroba wiele we mnie zmieniła, ukazała mi jakim silnym człowiekiem jestem. Ukazała ile we mnie wartości. Nie mam zamiaru wysłuchiwać, że nic nie wiem o życiu. Zabawne jest to, że ta osoba wie, ile mnie spotkało. No ale jest ślepa. Wielka szkoda.

Ten blog nie jest 'cukierkowy', czasami obawiam się coś napisać, teksty są długie i bez owijania w bawełnę. Wierzę, że powinniśmy dzielić się doświadczeniami. Nie udawać, że wszystko jest ok, kiedy nie jest. Znam tylu ludzi udających, że jest dobrze, że jest niemal idealnie, a w sercu wszystko im już z rozpaczy krwawi. Wierzę, że takie historie będą komuś pomocne i będę się nimi dzielić. To jak mało w życiu przeszłam, dowiecie się z czasem. Sami ocenicie.

Takie podsumowanie:
Proszę absolutnie nie zwracać uwagi na takie brednie na wasz temat!!! 
Tylko ty wiesz, co przeżyłeś, gdzie byłeś, co się zmieniło, co Cię nakręca, gdzie chcesz dojść, ile pracy w coś wkładasz, ile wysiłku coś Cię kosztowało.
'Ślepcy', tak ich nazywam, niech widzą sobie, co chcą... Nie pozwól jednak, by wygrali, nie pozwól, byś został pokonany przez kłamstwa wyssane z palca i to przekrzywionego.
Pamiętaj! Ich wizja ciebie nie jest tym, kim naprawdę jesteś!!!

Rób swoje, nie słuchaj ludzi, którzy nie dostrzegają Twojej wartości. Płacz, jeśli musisz, ale nadal walcz o siebie. Nie zabijaj swojego potencjału przez takich ślepców!

Za dużo już widziałam zmarnowanych ludzkich potencjałów. Nie bądźmy jednym z nich.
Walcz o siebie, pokarz na ile Cię stać, nie im, bo im i tak pewnie będzie za mało, ale SOBIE.

Dziękuję za przeczytanie tekstu. Prosto z życia wzięty. Napisany przez osobę, która już nie wierzy ślepcom i jej życie dzięki temu zmienia się na lepsze.

Chcę jeszcze na samym końcu podziękować Basi z bloga: http://5porroku.blogspot.com 
Zapraszam serdecznie do odwiedzin. 
Basia po przeczytaniu tekstu o mojej pracy i chorobie zapytała się, czy nie chciałabym poczytać poezji. Chciałam i już ją mam. Przyszła bardzo szybko. Jakież moje zdziwienie było, jak przeczytałam, kto jest autorem. Barbara Wójcik, tak, ta Barbara. 



Droga Basiu, już zaczęłam czytać. Już sam wstęp mnie oczarował. Wiersze są pełne mądrości i takie pozytywne, dają też do myślenia. Pisane nieskomplikowanym językiem. Czyta mi się bardzo przyjemnie. Polecam wszystkim tę książkę, wszystkim lubiącym poezję sercem pisaną. Dziękuję.


Do następnego.💗