niedziela, 25 listopada 2018

Życie lubi podkładać kłody pod nogi, co nie...



Wszystko wreszcie zaczyna się dobrze układać. 
Chwilka, chwilka..., a może jednak nie.
Czemu tak musi być? Kiedy już zaczynasz całym sercem wierzyć, że teraz, właśnie teraz wszystko zacznie się układać. 
Życie jednak nie jest przecież usłane różami, a jak nawet jest, to róże te potrafią swoje piękno przyozdabiać kolcami, ot, tak, dla równowagi.

🙞


Wieki mnie tu nie było, tęskniłam.
Napisałam post o makramach i parę dni później się zaczęło. Nagłe osłabienie, ucho prawe chore. Lekarka stara się wyleczyć. Karze brać jedne krople i następne. Ucho zdrowieje, ona jednak karze zmienić lek na słabszy. Ucho znów mocniej choruje. Zażywam kolejne leki. Znów jest lepiej, no to znów zmieniamy lekarstwo, by znów było gorzej. Zaczyna mi również dokuczać lewe ucho. Sprawdziła, jeśli tak  można nazwać 'sekundowe' sprawdzanie. Olać to ucho, nic takiego, to prawe jest chore.
Kolejne leki.
Czuję coś dziwnego w twarzy, mrowienie, ucisk... sama nie wiem. Chce mi się kichać, ale nie potrafię. Lekarka sprawdza nos. Olejmy to, skupmy się na prawym uchu.
Zapisane kolejne lekarstwa.
Zaczynam czuć wcześniej mi nieznane lęki, coś się ze mną dzieje. Nie jestem sobą.
Ucho nie chce się wyleczyć, zapiszmy kolejne krople. Nagle po aplikacji leku słyszę ten koszmarny dźwięk. Coś piszczy, piszczy tak głośno. Uciszcie to!!! Nie potrafię wytrzymać, panikuję.
Dźwięki się nasilają, nie potrafię spać. Biegnę do rodziców, wyję z bólu, jestem przerażona, jak nigdy w życiu.
Uciszcie te piski!!! 
Madre śpi  ze mną, włączony telewizor, wszystko, by zagłuszyć te koszmarne dźwięki.
Odstawiam leki, lecę do lekarki.
Jest źle, coś zaczyna się denerwować, czyżby źle leczyła...
Zapiszmy kolejne lekarstwa, nieco więcej lekarstw.
Boziu, jak ja to zniosę, żyć mi się nie chce. Gadam głupoty, że chcę umrzeć, że czuję, że to koniec. Piski, gwizdy, dzwonki są głośniejsze niż cała grupa ludzi, niż sama ja.
Zmieniam lekarza, mam dość tej baby. Gdybym pisała to wcześniej, znalazłoby się tu dużo przekleństw. Napiszę w skrócie. Wiele pominęłam, nigdy nie spotkałam się z tak złą lekarką. Zresztą nie powinnam ja nawet lekarką nazywać.
Pierwsza wizyta u nowego lekarza. Diagnoza, uszy nie są głównym problemem. Leczenie miałam całkowicie źle prowadzone.
Zażyłam pół apteki, jak to lekarz powiedział. Nie problem w uszach się kryje, a w zatkanym nosie.
Uszy wyzdrowiały po tygodniu, a były chore z powodu kataru siennego. Możecie sobie wyobrazić jak ja i cała moja familia pięknie nazywaliśmy lekarkę, pseudo lekarkę.
No fajnie, uszy zdrowe, a co z piskami???
Mam tabletki, szumy nadal mnie męczą. Spać sama nie potrafię, nie ma na to póki co szans. Lekarz z góry mi powiedział, że będzie ciężko.
Z czego te piski? Za dużo leków? Uszkodzona błona? Nerwy? Ciśnienie? No, z czego to cholerstwo, jak się tego pozbyć...
Lekarz nie wie. Badam teraz jak tam z moim ciśnieniem. Czeka mnie wizyta nawet u reumatologa, pewnie też u neurologa i Bóg jeden wie, gdzie jeszcze.



Ja na pewno się nie poddam!!!
Zrezygnowałam z głośnych miejsc, ze słuchawek. Robię masaże chińskie, dbam o relaks, ruszam się, no walczę o siebie.
Stres wiadomo też mi towarzyszy, ale chyba każdy, kto miał bądź ma szumy uszne, wie, jakie to jest koszmarne. Póki co udało mi się je nieco uciszyć, różnie bywa, ale jest nieco lepiej.
Dopiero dochodzę do siebie. Byłam tak 'naćpana' lekami, tak inna, tak wycieńczona. Byłam w świecie niesamowitego lęku. Szumy, dzwonki towarzyszące mi calutki czas, o tak, wkurzają mnie okropnie.
Całej tej ilości leków ciągle pozbywam się z ciała. Nie wiem, jakbym przetrwała, gdyby nie miłość. Mama śpi obok, jej chrapanie pomaga mi zasnąć. Cały czas są ze mną, masują mi głowę. Idę z hermano do kościoła, a tam to piszczałki lubią się nieźle pogłośnić. Nagle słyszę szuranie butów. Marcin stwarza różne dźwięki, by mi ulżyć. Nie pozwalają mi się poddać, nie pozwalają na całkowite zatopienie w stresie, w obawach.
Robię wszystko, a dzięki Nim staję się jeszcze silniejsza. Błagam Boga, by jeszcze nieco uciszył mi te szumy, te dzwonki, bo ja to słyszę różnorakie dźwięki. Wierzę, że tak będzie, że uda się je zminimalizować. Stresuję się tymi wszystkimi badaniami, szukaniem przyczyny, szukaniem dobrych lekarzy. Mam jednak wsparcie i wiarę. Chciałam na blogu również o tym napisać, bo wiem, że i tu dostanę wsparcie, również wiem, że jest wiele osób cierpiących z powodu szumów usznych.
Walczę o ich zminimalizowanie do granic możliwości. Walczę z najsilniejszą, najcudowniejszą armią, największym darem, rodziną.




Dziękuję za przeczytanie. Zdrowia kochani, jeszcze raz zdrowia, wsparcia, szczerej miłości i siły Wam życzę. 🂱

środa, 26 września 2018

Rozpoczęła się nowa przygoda.


Oświadczenie.

Ja Agnieszka Krawczyk uroczyście oświadczam, że to WASZA WINA moja blogowa rodzinko. Motywujecie mnie, dodajecie wiary i poczucia bycia kochanym. Ładujecie mnie siłą walki o siebie, a także o innych. Macie również czelność mnie inspirować.

Wiedziałam, że tak się stanie, czułam to od dawna.
Dołączam do grona osób zajmujących się rękodziełem.

Chcę, byście wiedzieli, że Wasze piękno jest moją wielką radością i siłą. Za wszystko z głębi serca dziękuję.

Podpis:
Agnieszka Krawczyk, no ja. :D

🙟

Pierwszy raz ujrzałam to sznurkowe coś na blogu kochanej Kamili, która nie tylko pokazała mi, co to makrama, a także pomogła, zainspirowała do nauki, do spróbowania jeszcze bardziej.
Zapraszam na blog tworzony całym sercem. Kamilo! Jesteś wspaniałą osobą, pamiętaj.

Po zachwytach nad makramami Kamili nieco o tym cudzie zapomniałam.
Pewnej nocy, było już późno, a ja, jak to zwykle bywa, nie byłam senna. Północ, toż to młoda godzina. hehe
Weszłam na instagrama, ktoś mnie zaprosił. No to zerkamy. 
Cóż to tam jest? Co to? Już to widziałam. Boziu, jakie to fajne. Jak to się nazywało, no jak to było? Znalazłam i się zakochałam. Oglądałam zdjęcia, a nawet tutoriale dosłownie godzinami.
Dlaczego ja tak się śmieję... Uspokój się Aga, o co Ci chodzi...
Może o to, że w życiu nie spodziewałabym się, że zainteresuję się sznurkami i tym, co można z nich wyczarować.
Los lubi nas zaskakiwać, a czasami wręcz ukazuje, że od czasu do czasu warto pójść nieco inną drogą. Może wystarczy przejść się nieco bardziej w prawo, mimo że droga po lewej nieco bardziej przyciąga i jest może nieco bardziej znana.

Nad ranem następnego dnia.
Familio moja, znalazłam nowe hobby.
Cóż takiego?
Sznurki.
Sznuuurki? ? ?
Zamawiam sznurki i zobaczymy, czy cokolwiek potrafię. 😅

Pierwszą makramę widzicie na głównym zdjęciu. Bardzo przyjemnie mi się robiło. Żeby nie było, sceny z udziałem takich zdań, jak poniżej były częścią mej twórczości:
'Zaraz to całe rozwalę.' 
'Wkurza mnie, bo mam za mało sznurka.'
'Chyba komuś przywalę.' hahahaha
Utknęłam w momencie robienia prostej linii. Jeny, ależ mnie to irytowało. Madre zgodziła się być moją 'linijką'. Także obie stałyśmy ponad godzinę, rozprawiając nad tym, jak zrobić tą nieszczęsną prostą linię. Zresztą, co ja będę opisywać cały proces tworzenia, jeszcze zaśniecie. ;D

Bardzo szybko wzięłam się za własne makramy. Pomyślałam, że co tam będę kopiować. Zrobię swoje, na tyle na ile potrafię. 
Oto moje dwie makramy. Muszę się jeszcze wiele nauczyć, ale jestem dumna z siebie.

Afrykańska maska (jak się przyjrzeć haha).



Jeszcze nienazwana. Jakiś pomysł? 



No a tu jeszcze sowa, niestety niewymyślona przeze mnie. 



Wiecie, miałam te głupie myśli: 'Pokarzę makramy, jak będę nieco lepsza, jak będę już miała w tym niemal mistrza'.
Jednak już tak wiele razy się ociągałam. Bałam się zagrać na pianinie nawet przed przyjaciółką, bo nie byłam wystarczająco dobra. Przecież nie muszę być, przecież najważniejsze, że cieszy mnie to, co robię. Może w oczach kogoś innego okaże się, że mam potencjał. Najważniejsze, że czuję się szczęśliwa. Nawet jeśli nikt tego nie rozumie. Jeśli czujesz iskrę radości, to chyba najlepszy znak, że warto. :)

Uczę się, tworzę kolejne makramy. Popełniam błędy, spoglądam na te moje małe dzieła i odczuwam właśnie tę bezcenną radość, poczucie, że to jest to, co mnie dopełnia.





Mam nadzieję, że ucieszycie się na ten nowy dział na moim blogu. Od czasu do czasu chciałabym Wam pokazać moje makramianki, bo tak je nazwałam. Mam również konto na instagramie, jeszcze nic na nim nie ma, ale wkrótce ruszy. Jeśli ktoś chciałby wesprzeć:
@makramianka      (niestety nie umiem dodać linku)

Dawno już powstałby ten post, jak i konto instagramowe, ale coś los mnie tu opóźnia z jakiegoś nieznanego mi powodu. Teraz zapalenie ucha totalnie mnie nęka. Najważniejsze, by wyzdrowieć.
No i patrzta, zaraz będę pisać o zupełnie czymś innym.




Zakończę zdjęciem mojej ukochanej madre. Jest moją pierwszą klientką. Zamówiła sówkę dla Weroniki z pracy. Akurat i ja chciałam zrobić Weronice sowę, tylko dlatego, że jest fajną babką.
Mój hermano również zamówił to samo, a Sylwinka zamówiła makramę na ścianę. Zaufała mi i oznajmiła:
'Zrób dla mnie, wiem, że będzie z głębi serca'. Koniec wymagań.
Ta spryciara zamówiła nawet w ukryciu sznurki dla mnie. Kocham moją familię.

Niech przygoda trwa. Ile? Nie wiem. Cieszę się nową przygodą, co z tego wyniknie, a to tylko Bóg wie. Ja cieszę się z samej drogi, z możliwości wejścia w nowy, ciekawy świat.

Dziękuję raz jeszcze za ogrom miłości, jesteście cudowni. 💖

niedziela, 26 sierpnia 2018

Wiadro, mop i z dumą stawiam kolejny krok.


Wielu z Was wie, że parę lat temu z powodu pracy/szefostwa straciłam zdrowie. Trzy lata walki. Trzeba było mimo przeszywającego na wylot bólu, wykazać się jeszcze większą siłą.
Udało się, jednak chcę się Wam do czegoś przyznać. Cała ta sytuacja, szefowa, utrata zdrowia spowodowały, że zaczęłam bardzo bać się pracy.

Chodziłam sporadycznie na rozmowy kwalifikacyjne. Starałam się nie myśleć, że i tu będą mnie wykorzystywać, gardzić, rujnować. Przyznam się również, że nie było mi zbyt smutno, kiedy pracy nie dostawałam.

Choroba ładnie śpi, lecz nie znikła całkowicie. Nie mogę wybrać byle zawodu, ograniczenia powstały. Zaczęłam się gubić, nie mogę robić tego i tamtego, więc, co mogę robić? Muszę zarabiać, nie mogę doprowadzić, by choroba się przebudziła, a o to łatwo.
Z biegiem czasu w mojej głowie pojawił się całkowity mętlik. Swoje to trwało, różne spotkania                        z potencjalnymi pracodawcami się odbywały, a ja mimo obaw dawałam z siebie wszystko, nie umiałam tylko przeskoczyć ograniczeń. Nie umiałam utrzymać tych cholernych kwiatów, by ułożyć porządny bukiet. Za dużo ich było, za mało sił w rękach... zagubienie, niemoc.

Jednym z moich ważniejszych postanowień na ten rok, było pokonanie lęku i wyjechanie do pracy sezonowej. Potoczyło się zupełnie inaczej.


🙞



Wracając do domu, rozradowana po koncercie Awolnation, wiedziałam, że ten jeden wieczór mnie zmienił tak naprawdę.
Siedziałam na oparciu łózka i z uśmiechem opowiadałam o mojej magicznej róży. ;)
Dla tych, którzy nie znają historii: KLIK
Madre zaczęła opowiadać, że brakuje jej ludzi do pracy. Jest brygadzistką. Pracowała za dwóch, jej twarz dobitnie ukazywała jej wyczerpanie. Z uśmiechem tak niespodziewanie, zadała mi pytanie:
'Zgredzik, wiem, że to sprzątanie, ale może chciałabyś spróbować?'
W tym momencie obudził się lęk. Sprzątanie, ruch, woda... moje stawy tego nie wytrzymają.
Spojrzałam na różę, spojrzałam na hermana mi dopingującego i wreszcie na zmęczoną twarz madre.
'Tak, spróbuję'- lęk mnie przepełniał.
Madre zdając sobie sprawę z moich ograniczeń, dała mi czas, by to przemyśleć. 
Bardzo się bałam kochani. Wydarzenia sprzed lat, niemożność ruchu, sztywniejące ciało od stóp po szyję. Wszystko do mnie wróciło.

Nie zmieniłam zdania. Poszłam na próbę z całą paletą obaw. Śpiewałam piosenki Awolków, skupiałam się na pracy i na dumnym wyrazie twarzy mamy.

Moi drodzy, pracuję już niemal pięć miesięcy. Jest to praca weekendowa. Czyszczę halę wielkim mopem, zrywam kleje, wracam cała zabrudzona.



Sprzątanie, sprzątaczka, czy to brzmi dumnie?
Dla wielu osób nie, dla wielu osób, to zawód z najniższej półki.
Usłyszałam, mając już tę pracę:
'Załatwię Ci robotę w Holandii'.
'Ale ja już pracuję'.
'Nie pracujesz'.
Wstaję ok. 5 rano, pracuję ciężko i dobrze, co jest zauważane. Najważniejsze, że wracam do domu dumna z siebie.
Tak, biorę mopa giganta i heja.



Kim jesteś? Sobą.
Pytałem o zawód.
Dla mnie to dwa zupełnie odrębne pytania. Pracuję jako sprzątaczka. Jestem miłośniczką fotografii, pisania, natury. Jestem córką, siostrą, przyjaciółką. Jestem zwariowana, może nieco dziecinna, ale również bardzo silna. Czasami wredna, czasami zagubiona. Jestem sobą.



Mam świetne towarzystwo w pracy. Jedna osoba musi pracować na dwa etaty, od poniedziałku do niedzieli. Ktoś potrzebuje pieniędzy na chore dzieci, na umierającego męża, na spłatę długu, leczenie kręgosłupa, błąd młodości.

Oklaskujemy często gęsto lekarzy, muzyków, czy sportowców. Brawo.
Oklaskuję również sprzątaczy, ślusarzy, murarzy, ulotkarzy...
Lekarz pracuje, ślusarz pracuje. Oboje się starają, oboje wybrali walkę o życie, zamiast użalania się nad sobą czy inne absurdalne powody. 
Co człowiek, to inna historia.

Widuję w pracy takich ludzi, których śmiało, można oklaskiwać. Nie poddają się ciężkiemu życiu, chorobom, rozleniwieniu. Wstają co świt i często z uśmiechem wykonują prace, które wielu omija szerokim łukiem.
Nie mówią mam studia i nie będę nigdzie indziej pracować jak w swoim zawodzie. No, a już na pewno nie będę męczyć się za najniższą krajową.

Rzucam czasami mopem, ukażę mój niemały zasób brzydkich słów, ale lubię tam pracować. Mogę przekląć, bo praca ciężka. Mogę zawyć operowo na całą halę. Mogę pośmiać się z moją fajową ekipą. 

Dbam o zdrowie jeszcze bardziej. Stawy się odezwały, ale już się uspokoiły. Praca jest weekendowa, to też moje stawy się już tak nie buntują. Uprawiam jogę regularnie, piję więcej wody, ćwiczę oddech, jem zdrowo. Jest dobrze. Jestem taka z siebie dumna. 

Widzę zaskoczone miny, słyszę zapytania. No bo taka młoda dziołcha sprząta cała umazana. Sprząta, nie tylko ona. Nie czekała na pracę marzeń, postanowiła powalczyć o swoje szczęście. Walka o siebie nie oznacza samego chodzenia po puchatym dywanie, czasami trzeba przejść przez zabrudzoną jezdnię, a nawet rozgrzany węgiel.

Własne pieniądze, świadomość wygranej z lękiem, ogrom nauki, a nawet śmiechu. Madre nie musi pracować w weekendy, za to może być dumna. Jej dzieci, bo tak, hermano też tam pracuje, jej dzieci poszły krok dalej. Od dawna Wam piszę, że chcę opowiedzieć historię mojego brata. Nie chcę go zmuszać, poczekam, aż będzie gotowy, ale napiszę Wam, że mój brat jest prawdziwym bohaterem życia.


Brawo hermano, brawo dla wszystkich walczących o siebie, o bliskich, o przetrwanie, o zdrowie. Brawo dla wszystkich tak usilnie starających się wygrać z lękami. 
Brawo.





niedziela, 15 lipca 2018

O nie! Byli tak blisko. Poznajcie Pana Śpiewaka. Może zatańczymy? Dziwny ten tytuł. 👽



Witam serdecznie.
Witam.
Jak się czujesz?
Dziwnie, ale dobrze, naprawdę dobrze.
Dlaczego dziwnie?
A dlaczego nie? Chyba ważniejsze, że dobrze.
Nie rozumiem.
No to spieszę wytłumaczyć:

Otwarłam oczy i zwróciłam uwagę na coś bardzo ważnego. Wstałam zmęczona, obolała, wory pod oczami straszne. Dlaczego się uśmiechałam...
Dlaczego?
Dlatego, że koncert odmienił mnie na dobre.
Bardzo mnie to cieszy. Wspaniała przygoda. Szkoda tylko, że dziś tak pada, jest szaro.
Szaro? Może ty widzisz szarość jako smutną barwę. Ja widzę szarość jak coś tajemniczego, baśniowego. Jest pięknie. Deszcz powoduje, że świat staje się nieco bardziej melancholijny- fakt, ale również romantyczny, spokojniejszy.
Co ty opowiadasz... Wydaje ci się dzień piękniejszy, ponieważ jesteś szczęśliwa. Marzenie się spełniło, dlatego.
Może tak, a może nie. Może widzę świat po prostu nieco inaczej ponieważ zrozumiałam, iż wcześniej nie doceniałam go należycie. Może spełnione marzenie pomogło mi to zrozumieć.
No może tak jest, zobaczymy potem.
Wyjdźmy z tych czterech ścian. Bierz parasol i w drogę. Dziś czeka nas zwiedzanie, spotkanie po latach. Dziś wracamy do domu Aga. Nacieszmy się każdą chwilą tego dnia.
🙞






Jedziemy taksówką, ja i Sylwia oczywiście. Moją uwagę przykuwa pewien lokal. Nie wiem czemu, ale coś mnie do niego ciągnie.
Wysiadamy. Brr... ale zimno.
Stare miasto wygląda baśniowo, kiedy deszcz je ozdabia. 







Może pójdziemy na wieżę widokową? Nie poszły. Chodziły po okolicy i co robiły? No co robiły? Śpiewały, tańcowały po swojemu. Obie były takie szczęśliwe.



Deszcz ustał. Wiecie, co się stało... spełniło się moje kolejne marzenie. Zrobiłam zdjęcia wróbla. 
Skubane, zawsze mi uciekały, a ja tak chciałam zrobić właśnie takie zdjątko. Niby nic, a jednak.



Teraz trochę fotek miasta, bo trzeba gdzieś je upchnąć. hihihi








Cudownie mi się fotografowało Warszawę. Architektura git, parki git, atmosfera git.




Czeka nas za chwil parę ważne spotkanie.
Jest mi tak dziwnie.
Mnie tak samo. Ciekawe jak będzie. Lata się nie widziałyśmy z Rafałem.

Odwiedzamy ten oto piękny kościół.



Dryń dryń.
Rafał dzwoni. Cichutko trzeba wyjść.
Stoi tam. Och, jak nam zabawnie. Rafała poznałyśmy parę lat temu. Pierwszego dnia naszego życia w Krakowie, właśnie on nas zaczepił na rynku. Przebrany był trochę za mumię, a może to była Dracula, nie pamiętam. Znajomość przetrwała czas i odległość. 

Udawajmy, że go nie widzimy- mówię.
Idziemy rozbawione. Rafał nie głupi wyczuł naszą zabawę.

Także moi drodzy. Przedstawiam Pana Śpiewaka (czy tu nie powinno być wstawione jego zdjęcie...). Artystę jedynego w swoim rodzaju. Na pewno Was zaskoczy, to gwarantuję.
Jeśli ktoś chciałby poznać Rafała twórczość, to zapraszam. Uwaga, zapewniam, że nie ma się czego bać. :)
https://www.facebook.com/spiewakgrotesque/

Spotkanie odbyło się w przytulnym lokalu o nazwie... oczywiście zapomniałam, ale lokal nazwę na bank posiada. haha
Miła rozmowa, śmiech, bo z Rafałem zawsze się pośmiejesz. Jest on specyficznym człowiekiem. Zaskakuje na każdym kroku, dla wielu może być dziwakiem, kimś niepoważnym. Jest unikalny, to na pewno. Pisze bajki, które mogą przerazić nie jednego. Jego twórczość szokuje wszystkie zmysły.

Można go łatwo ocenić, zupełnie go nie znając, bądź znając za mało. Jest to człowiek o pięknym sercu, niebojący się żyć po swojemu. Walczy o to i jest świetnym przykładem, że warto. Lepiej żyć w zgodzie z samym sobą niż w najpiękniejszym kłamstwie. Strasznie jest oszukiwać samego siebie.

Dla mnie spotkanie z Rafałem było bardzo wartościowe, dające do myślenia, bardzo udane oraz zaskakujące. Rafał pokazał, jak można się zmienić, ryzykując nieco bardziej, podejmując nieco odważniejsze decyzje. Ze spotkania wyniosłam naprawdę dużo, o czym sam Rafał nie wie.



Na tym kolażu można zobaczyć nasze wygłupy. Może i po trzydziestce, ale duchem młodzi, zresztą i tak jesteśmy młodzi. 😜







 Światło słońca oświetla świat. Jest bardzo przyjemnie. Czujemy obie WOLNOŚĆ. Mamy wyśmienite nastroje. Żal nam opuścić stolicę. Warszawa zawsze będzie bliska memu sercu, bo to właśnie tam dwa razy spełniło się moje marzenie.



Bardzo pragnęłam, by Sylwia zobaczyła tę część mojego życia.
Bardzo chciałam, by poczuła przypływ energii, który tak potrzebowała. Pragnęłam znów zobaczyć jej szczery uśmiech.
Widziałam.

Widok szczęśliwej Sylwinki był dla mnie pięknem nie do opisania. Ona promieniała, wiara wzrastała, pozytywne myśli napływały z różnych stron.
Oby jak najwięcej takich przygód kochana.




Trzy posty, trzy dni. Każdy inny, każdy miał, co innego do zaoferowania.
Tak to już jest. Każdy dzień coś ma w ofercie. Każdy czegoś nauczy. Raz pokory, innym razem siły, czy empatii. Jeden swym smutkiem nas przytłoczy, inny spowoduje, że wróci nam wiara. Raz będzie owocował w wiele dokończonych spraw, a innym razem spowoduje, że siłą rzeczy nic się nam nie uda. Życie. Ja zwyczajnie staram się być dobrym uczniem. Raz obleję, a raz spiszę się na celujący. Życie.



Dziękuję, że towarzyszyliście mi w tej ważnej dla mnie podróży. 😘

Ps.
Podkreśliłam w tekście na fioletowo 'lokal' i 'wieżę widokową'.
Teraz tłumaczę dlaczego.
Dlatego, że zaraz po powrocie do domu dowiedziałam się, że Awolnation byli właśnie w tym lokalu, który tak bardzo przyciągał moją uwagę. No i by było zabawniej, byli też na wieży widokowej w tym samym czasie, w którym my sobie kolo niej chodziliśmy. buahahaha
Blisko, a jednak daleko. No cóż, poradzić, co ma być, to będzie, a co nie, to nie. Następnym, razem będę chodziła z teleskopem. 😆 

Do następnego kochani.





niedziela, 17 czerwca 2018

Specjalnej róży moc. 🌹


Usiądę sobie w swoim wiklinowym fotelu. Stoi on obok drzwi balkonowych, które są otwarte. Słyszę piękną pieśń. Deszcz mi ją zaoferował, a ja ją docenić powinnam. Przecież to dla mnie śpiewa. Patrzę w prawo. Szarość nieba ubarwiają mi kwiaty różnokolorowe, które ozdabiają mój balkon. To czas bezcenny. Ja jednak przenoszę się w czasie, bo przecież czasami naprawdę warto.
Bywa też tak, że niepozorna rzecz, potrafi odmienić nasze życie. Szukamy w czymś wielkim, a rozwiązanie jest w czymś tak prostym, jak na przykład piosenka.
Usłyszałam ją, zakochałam się. Odnalazłam wykonawcę, posłuchałam innych piosenek i stało się coś niesamowitego. Otworzyłam szerzej drzwi mojego serca.
Pamiętam ten dzień, to było niemal trzy lata temu. Oni przyjeżdżają do Polski, będzie koncert. Popłakałam się.
Pojechałam, zobaczyłam wokalistę, wpierw go nie rozpoznając. Zamarłam, zostałam popychana przez hermano: 'No idź do niego'- krzyczał.
Wypchnął mnie, zdołałam tylko powiedzieć: 'May I...' (czy mogę...). Dostałam autograf, byłam jak skała. Chciałam poprosić o wspólne zdjęcie, nie umiałam. Poznałam Biankę, z którą spędziliśmy cały dzień. Byliśmy pierwsi, mieliśmy najlepsze miejsca. Wokalista podał mi swoją dłoń i śpiewał. To wystarczyło.

♩     ♪     ♫     ♬     ♩     ♪     ♫     ♬     ♪     ♫     ♬     ♩     ♪     ♫     ♬ 

Minęły lata niemal trzy, oni znów przyjeżdżają. Mam wielkie postanowienie: PODCHODZĘ, ROZMAWIAM, PROSZĘ O ZDJĘCIE, DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKO, bo człowiek ten otworzył moje serce i oczy tak mocno. 
Człowiekiem tym jest Aaron Bruno, zespołem tym jest Awolnation. Żaden artysta jeszcze mnie tak nie zachwycił. Pochłaniam każdą mini sekundę, każdego ich dzieła. Aaron i jego zespól, stali się moją siłą, stali się przyjaciółmi, z którymi łączy mnie ich muzyka. Ja i oni rozumiemy ją pod każdym względem.

Zapytałam Sylwię, czy ze mną pojedzie.
'Oczywiście, chcę być tego częścią'.
Czekałam na ten dzień. Nie miałam oczekiwań, że znów uda się spotkać Aarona, że będzie jakaś niespodzianka. Cieszyłam się możliwością ich usłyszenia na żywo.

Wchodzimy na teren klubu, już z daleka ją widzę. Stoi w tym samym miejscu, jest tam. Wołam: 'Bianka!'
Serdecznie się witamy. Uczucie piękne, trzy lata minęły jakby to była sekunda. Znów się spotkałyśmy, tylko starsze i z większym doświadczeniem życiowym. Tam jeszcze bardziej zdałam sobie sprawę, jak życie szybko przemija. 
Było upalnie, rozmawiałyśmy sobie, wspominałyśmy.
IDZIE AARON!
Mój drogi Boże, on idzie. Czy on przypadkiem nie chce nam pomachać.? Chyba chce. Bianka coś do mnie mówi, patrzymy na siebie. Nagle czuję szturchnięcie Sylwii: ' Wy idiotki!!!! On do was machał'. 
'Że niby co, kiedy, jak, czemu, choć ty mu nie odmachałaś...???'
'Nie wiem, no nie wiem'.
Wszystkie trzy, widząc Aarona, wyglądałyśmy mniej więcej tak:



Nie mam pojęcia, żadna z nas nie ma pojęcia, cóż nas tak zamurowało.
Kolejne postanowienie:  WYJDZIE RAZ JESZCZE, PODCHODZĘ. PRZECIEŻ TO MÓJ CEL, OD PARU LAT SIĘ NA TO PRZYGOTOWYWAŁAM.
Wychodzi, my znów stoimy jakby zamurowane.
Nagle znienacka podbiega do niego fanka. Poprosiła o zdjęcie, zgodził się, przytuliła go i zachwycona w podskokach wróciła na swoje miejsce.
O NIE! Tego już za dużo! Trza się przebudzić. Wstajemy z koca, zbieramy rzeczy, by podpisał się na nich. Szybko, musi się udać!!!! Zaczynamy startować wszystkie trzy, patrzymy przed siebie, wokalista zaraz wejdzie do klubu. Ostatnia szansa, trzeba go zawołać.
Ty wołaj. Nie, ty wołaj. Ja nie umiem, nie  umiem i już. No wołaj.
' Hey Aaroooooon'- szkoda tylko, że głośność tego wypowiedzianego zdania była słyszalna tylko dla nas i to z ledwością.
Podsumowując, nie rozumiemy do dziś, co nam odwaliło... przynajmniej nie ja i Sylwia.

Wiele się działo. Wejdźmy już do klubu. O tak, znów pierwsze. Stoimy naprzeciwko mikrofonu. Pierw support, jakiś krótki, bo 20-minutowy. Ważne, że miły dla ucha.
W lokalu można się stopić, duchota straszna. Ludzi przybywa, zaczyna się ścisk, ale taki urok koncertów. Najważniejsze, że jest magia, o tak jest i to zwyczajnie czuć wszystkimi zmysłami.

Zaczyna się: ' Here come the runts'. Czułam spełnienie. Nie ważne już to zdjęcie, zmarnowałam szanse. Jestem przecież człowiekiem, popełniam błędy, marnuję szanse. Teraz mogę nad tym ubolewać bądź skupić się na dźwiękach. Zatopiłam się, byłam tymi dźwiękami. 
Wyszli jak zawsze uśmiechnięci. Jest już Aaron, stoi tak blisko, dokładnie jak trzy lata temu. Czułam się, jakbym przeniosła się w czasie, cały dzień się tak czułam i to poczucie było czymś niesamowitym. 

To taki wysiłek, wiele godzin przed i wiele godzin w lokalu. Czy dasz Sylwinko radę?
Dam dla Ciebie, zrobię, co mogę.
Była zmęczona, była czerwona, zapocona. Stała obok, śpiewała, tańczyła. Wiedziałam, że dla mnie. 
Cały czas była obok, przed w trakcie i po koncercie. Patrzyłam na nią, duma, wdzięczność, wielka miłość mnie przepełniały.
Zespół grał, ja czułam magię, szczęście w najczystszej postaci. Spoglądałam na nią co chwilę. Dziękowałam za nią, bo jest bezcenna, jedyna i niezastąpiona.

'Zapalicie światła?'
Zapaliło się setki światełek. Wykonywali: 'Handyman', utwór bardzo bliski memu sercu.
Obróciłam się w tył i prawie popłakałam przesiąknięta magią ich muzyki, otoczona setkami świateł. Czułam się jak w prawdziwej baśni przepełnionej miłością. Chwili tej nigdy nie zapomnę. Poczucia, jakie wtedy miałam, nie da się opisać słowami. Ona była jednak moją największą radością.



Nagle Aaron rozdaje róże. Ech... nie dostałam. Nie ważne, jestem tam i tylko to się liczy. Kończy się koncert, krzyczymy: 'BIS'. Oczywiście, że się odbył bis. Ostatni utwór, słynne: 'Sail'. Aaron znika na chwilę. Wraca z bukietem róż. Rzuca na prawo, na lewo, znów nic. Niech cieszą się inni, ja poprzednim razem zostałam pięknie obdarowana.
Czemu ja czuję, że ta ostatnia róża będzie dla mnie... to takie głupie, wręcz dziecinne. Trzyma ją w ustach, jestem pewna, że fanki oszaleją. Wyciąga, zakrywa oczy i wybiera osobę, która dostanie 'specjalną' różę. Spojrzał na mnie, mam zwidy, przeca tam setki ludzi i to byłoby zbyt piękne, to już sam szczyt szczęścia. Nie to niemożliwe. Róża znalazła się naprzeciwko mnie, tylko ja ją sięgnę. Stoję jak słup, no bo przecież to zbyt piękne, by było dla mnie. (szczere myśli tamtych chwil).
Lud przeciska się, wchodzi mi na głowę. Nagle jakby jakiś dobry duszek zapukał do mej główki i powiedział: Zastanów się! Dlaczego on im tej róży tak długo nie przybliża, a tylko ty możesz ją pochwycić...
Wyciągnęłam dłoń i pochwyciłam. Ja nie wiem, co się ze mną działo tej nocy, tego dnia.
Spojrzałam na różę, poczułam już tak ogromne szczęście, że...BAM...
Dostałam w głowę, róża rozerwana, ludzie zwariowali. Sylwia ich nie dopuszcza, prosi Biankę, by mi podała leżące poza barierkami kwiecie. Stoję z samym badylem, spoglądam w górę, a tam Aaron patrzy z total zniesmaczeniem na tych, co im nieco odwaliło. Wszyscy fani tego zespołu wiedzą, że celem jest, byśmy się szanowali i tworzyli taką rodzinę AwolNATION. Na ich koncertach taka atmosfera panuje, ale tym razem było nieco inaczej, co i mnie zaskoczyło.

Trzymam różę już w dwóch kawałkach, trochę zawiedziona.
Jednak chwila... przecież nadal ją trzymam.

Podchodzi pianista, podaje spis piosenek. Sylwia ją przechwyca. Lud się na nią rzuca, a ona... gniecie kartkę w dłoni na totalną miazgę, coś w tym rodzaju:



Pianista miał minę, w takim stylu: 😲
Póki Sylwia nie schowała kartki, stał i się nie ruszał, nadal wyglądając tak: 😲    
Szok miał wielki, on podaje spis piosenek, a tu ktoś ją miażdży na jego oczach. Śmieję się z tego do dziś. :D
Jeśli dotarliście do tego momentu, to już mi bardzo miło.

Dla kogoś to mogło być takie sobie fajne przeżycie. Ja jednak wróciłam do domu odmieniona. Sylwia po raz kolejny pokazała mi wielką miłość do mojej osoby. Dzięki niej mam spis piosenek, który zyskał na wartości. Ona go zdobyła dla mnie. To jest bezcenny skrawek papieru.

Róża stała się moją siłą. Patrzę na nią i dziękuję. Może mam więcej szczęścia niż myślę, może warto spróbować tego czy tamtego. Może to, co wydaje mi się 'zbyt piękne' jest mi pisane. Przecież Aga, ty już nasz to, co najpiękniejsze, zdrowie, bliscy, przecież to oni są największym darem.

To nie byle jaka róża, to róża bezcenna, od osoby, której muzyka była, jest i będzie moją siłą w różnych etapach życia. Mam więcej odwagi, więcej świadomości i poczucia, że nawet te najskrytsze marzenia mogą się spełnić. Wiedziałam to, teraz rozumiem. 
Nie stawiam wielkich kroków, ale coraz odważniejsze.

Nie potrzeba wielkiej wygranej na loterii, wystarczy róża w dwóch kawałkach, by życie nabrało barw i rozjaśniło blaskiem całą Ciebie.

Dziękuję za przeczytanie tego ważnego dla mnie tekstu. DZIĘKUJĘ.