Podpisane i lecimy dalej.
W dzisiejszym wpisie występują cztery niesamowite osobistości. Pozwólcie, że je przedstawię:
Po raz pierwszy zgodził się wystąpić w jednej z głównych ról, mój tata zwany padre (przezwisko SIWY).
Ta nieco starsza od tej młodszej kobieta jest już większości z Was znana. Piękna, zabawna i niesamowicie silna madre.
Niestety nie zgodziła się na przezwisko zaproponowane przez brata ' Celtycki Pasztet Miłości'.
Nie wiemy, co jej się w tym nie podoba. hahaha
Występuję też ja, a me domowe przezwisko to Zgredzik.
Ostatnia osobistość to matka natura współpracująca z dziełami ludzkich rąk.
Na poniższym foto można zaobserwować jeszcze dokładniej głównych bohaterów tej blogowej opowiastki.
Kiedy już napatrzyliście się na nasze jakże urocze mordki, chcę Was ostrzec: My jesteśmy jacyś tacy, a wiecie co, sami oceńcie.
Widać, że zdjęcia zimą zalatują, no ale cóż, ja kocham zimę i tym zacnym wypadem się z Wami podzielić chciałam.
Urodzinki w styczniu były, a ja jedyne czego pragnę to spędzić ten dzień z moją familią. No i też wiem, że tego dnia zgodzą się pojechać nieco dalej. hihi
Naszym miejscem docelowym był Zamek Pieskowa Skała.
Zimnica straszna. Ja tam lubię zimno, chmury i takie tam. Mniejsza z tym. Tu trzeba wspomnieć o czymś naprawdę bezczelnym. Powiadam Wam, czysta BEZCZELNOŚĆ.
Ja tu kucam, wręcz klęczę w głębokiej zaspie śniegu i nagle słyszę głos padre:
'Co ona tam fotografuje?'
'Śnieg!'
'Śnieg??? To w naszym mieście śniegu nie ma... Ty fotografuj mury, zamek. Patrz na te mury, rób zdjęcia murów.'
No to zrobiłam.
Zdjęcie ukazuje idealne niemal zsynchronizowanie Siwego z zacnymi murami zamku owego.
Ps. Zdjęcie opublikowane za zgodą. haha
Zresztą, czego się czepiał mój drogi padre. Przeca zamek głównie fotografowałam.
Wy wiecie, że, co padre mówiłam, by ustawił się do zdjęcia, gadał:
' A na co ja ci tam na blogu potrzebny.'
Przecież ja wiem, że tylko tak gadał, bo co cykałam, to wielka radość mu się na twarzy pojawiała.
Zła ze mnie córka, robiłam coś bardzo nieuprzejmego.
Mówiłam: 'Hej, ustawcie się fajnie, to będzie zdjęcie na bloga'.
Zaczynałam ich tam ustawiać, udawałam, że zdjątka zrobione. Oni czuli się już swobodnie, a ja wtedy pstryk, pstryk, pstryk.
Nie ma to jak natural fotografie.
Post może być za długi, skracam opowieść.
Nagle znaleźliśmy się w Ogrodzieńcu, taka mamy niespodzianka.
Cała nasza trójka zareagowała bardzo entuzjastycznie na widok ruin zamku. Tak jakbyśmy jednocześnie powiedzieli głośne WOOOW, była to doniosła chwila.
Lubię takie miejsca, pogoda mi odpowiadała, było klimatycznie.
BAM!
Aparat mi się zepsuł. Wcale nie było tak, że na drodze zaczęłam szału dostawać, nic a nic tak nie było.
Oczywiście nic się takiego nie stało, taki mały mój błąd.
Wchodziłam w wielkie zaspy śniegu ku mamy rozbawieniu. Śmiała się ze mnie... jak tak można. Bawiło ją, jak chodzę, pewnie jak wygłodniały pingwin.
Ruiny podobały się nam bardziej niż bardzo. Wejście do środka było zamknięte, ale obeszliśmy, ile się dało. Padre to odżył na całego, jego klimaty. Nawet zaczął mnie tam straszyć. Pokazał skałę, na której widać twarz bodajże władcy tego przybytku, dodajmy... przerażającego władcy.
Zobaczcie:
Panowała tam atmosfera nieco mroczna, bardzo tajemnicza, a tata robił wszystko, by poczuć klimat tego miejsca.
Zgubiłam wątek, jak ja to dziś piszę...
Najważniejsze, że było fajnie, że byliśmy razem. Ja i padre wlecieliśmy w śnieg po kolana. Wracaliśmy przy towarzystwie zachodu słońca. Były też niesamowite korki, ale po co się na nich skupiać.
Po powrocie czekała już na mnie Sylwia z Marcinem i Timmim. Miło było zobaczyć Sylwinkę w oknie zaraz po wyjściu z auta.
Tak spędzam urodzinki, łączę wszystko, co kocham.
Ja i moja ekipa dziękujemy za uwagę. Posyłamy również dla każdego po skrzyni tego, czego akurat potrzebujecie.
Do następnego. 😘