niedziela, 31 marca 2019

Makramowe szaleństwo.





Witam moi drodzy po nieco dłuższej przerwie. Bardzo się już za Wami stęskniłam. Zapalenie zatok się do mnie dobrało tak bezczelnie. Jeszcze mnie trzyma, ale jest dużo lepiej. Chcę z całego serca podziękować za tak dobre przyjęcie poprzedniego posta.
Jestem niesamowicie szczęśliwa, że niektórym z Was mogłam w choćby minimalny sposób pomóc. Wasze słowa są cenniejsze niż złoto. Dziękuję również za cierpliwość. 😘


🙞❂🙜

Dziś przychodzę do Was z kolejną dawką makram. Co jak co, ale makramy robię, choćbym czuła się jak na wymarciu (dzięki Bogu już tak się nie czuję). :D Tworzenie ich mnie uspokaja, a może nawet leczy.
Aktualnie pracuję nad makramą, która miała być cała biała, a stała się biało niebieska. U mnie tak jest, rysuję wzór, zaczynam wiązać sznurki na patyk i jakoś tak zamiast projektu tworzę coś zupełnie innego. ha ha
Na grecką makramę trzeba jeszcze poczekać. No, a jakim cudem kawałek Grecji mi powstaje, to ja już sama nie wiem. 😅

🙞❂🙜

Moi drodzy, moi mili przedstawiam 'A little garden', makramę nieco bardziej skomplikowaną, moją wielką radość.



Teraz czas na fioletową: 'Sekretny klucz'.
Tę zrobiłam bardzo szybko, bez wzoru, taka spontaniczna.




Kolejna jeszcze nienazwana (propozycje mile widziane) jest prosta do wykonania. Prosta, a siedziałam nad nią strasznie długo, może jednak nie taka prosta.


Ostatnia, jaką chcę dziś Wam zaprezentować, jest w momencie pisania tego tekstu niedokończona. Przycinam ją chyba już miesiąc albo i dłużej. hihi
Żeby się zmobilizować, postanowiłam o niej napisać. Teraz to już nie ma mowy, bym jej nie pokazała. Także jak ją widzicie, to ufff udało się wreszcie. 
Pierwszy taki projekt, świetna zabawa, za dużo pociętych sznurków, ale u mnie to norma.
Jak nic wpasowana w wiosnę.




Pewnie dla panów to nieco nudnawy post, wybaczta. ;D
Dziś krótko, zaraz zajrzę do Was z wielką radochą.
Chcę z góry uprzedzić, że kolejny post będzie mało wiosenny, może trochę Was postraszę, no zobaczymy. hihi hoho


Bardzo serdeczne uściski Wam posyłam, do następnego. 😘

niedziela, 17 lutego 2019

Mały/ wielki przekaz.




Uwielbiam takie chwile, siedzę, nic konkretnego nie robię, aż tu nagle zmienia się tak wiele.
Ciągle siedzę w tym samym wiklinowym fotelu, lecz czuję się inaczej. Nic takiego się nie stało.
Przeczytałam tytuł, włączyłam filmik na Youtube i zrozumiałam, ile dobra sama sobie daję. Wzruszyłam się, nie płakałam. Poczułam, że kolejne drzwi świadomości zostały otwarte.
Czym jest szczęście? Nie wiem, co odpowiesz. Znam swoją odpowiedź na to pytanie.


★☆★



'Nie posiadasz faceta, dzieci, pełnoetatowej pracy. Ciągle szlajasz się z tym twoim bratem. Weź, zrób coś ze sobą. Nie jesteś, nie masz prawa być szczęśliwą.' Słyszę czasami te zdania, nie są tylko wytworem wyobraźni.



Jednak cóż mogę powiedzieć, jestem szczęśliwa. Nie skupiam się na tym, czego nie mam, co wypada w moim wieku, co ogół myśli, jak powinno wyglądać życie. Budzę się i zasypiam z szumami w uszach. Budzę się szczęśliwa. Jeny, no szumi, nieco mniej, ale szumi. Już tu wchodzi moja radość, bo mniej to już niezłe szczęście. Wskakuje na mnie Timmi, jakiż on uśmiechnięty. Cieszy się, że mnie widzi, a ja cieszę się, że widzę go, że mogę utulić. Szumy jakoś tak schodzą na drugi plan. Wychodzę na spacer, bawię się z Timmim patykiem.





Jeśli stawy zabolą, to robię wszystko, by im pomóc, zresztą codziennie im pomagam. Nie skupiam się na bólu, a na tym, by go zminimalizować. Nie skupiam się na problemie, a na tym, by jakoś go rozwiązać, nauczyć się czegoś wartościowego, choćby prawdy o sobie. Udaje się.
Choćby nie wiem co, staram się widzieć dobro. Teraz kiedy towarzyszą mi szumy uszne, staram się jeszcze bardziej. Wybieram, co najważniejsze, nie co wypada, a naprawdę sensu w tym brak.
 Czy jestem mniej szczęśliwa od człowieka w pełni zdrowego, z drugą połówką, dziećmi i furą kasy? Nie.
 Ja po prostu zaakceptowałam swoje życie takim, jakie jest. Nie oznacza to, że się nie staram. Doceniam i widzę, ile dobra mam wkoło. Nie porównuję się z nikim, jak już coś to się uczę. 






Wiecie, że jesteście dla mnie wielkim darem, pamiętajcie. Za mało okazujemy sobie sympatię, nie tu na blogu, ale mam wrażenie, że w świecie coraz tego mniej.



Tylu ludzi posiada niemal wszystko, a jakby nie mieli nic. Oczywiście mają, ale czy doceniają... o to właśnie chodzi.
Ja to robię i chyba nigdy nie czułam się ze sobą tak dobrze. Byłam zdrowsza, zakochana, ale również 'ślepa'.



Kocham Cię naturo, kocham Cię fotografować, jesteś moją ukochaną modelką. Kocham Was sznurki wszelakie. Cienkie, grube, jasne, ciemne. Kocham tworzyć makramy. Kocham Cię mój stary, rozklekotany rowerze, a najbardziej kocham bliskich.







Czasami trzeba popłakać, czasami trzeba pomarudzić. Robię tak, bo jestem człowiekiem. Pozwalam sobie na te wszystkie emocje. Rozumiem siebie dużo lepiej. Możesz mnie zobaczyć rozzłoszczoną w sklepie, możesz.
Możesz mnie również zobaczyć, jak skaczę po śniegu i wyję jak wilk, możesz. To wszystko jestem Ja, nie ukrywam siebie. Jestem pełna niedoskonałości i pełna piękna.






Nie jestem Tobą, a ty mną. Idę swoją drogą, a ty swoją. Moja może być dla Ciebie niezrozumiała. Najważniejsze, że ja ją rozumiem, a do tego się nią cieszę. Czy Ty cenisz swoją?



Nawet mówię: 'To pierwsza wycieczka z moimi kumplami szumami' i jadę pełna miłości. Otacza mnie Ona, bo skupiam się na swych towarzyszach, na muzyce, na widokach. Rozglądam się i widzę, ile cudów jest ze mną.
Bywa ciężko, ale starajmy się dostrzegać, co posiadamy. Nie czekajmy, bo życie również nie czeka.




Obok stoi mała doniczka z Hiacyntem. Krzywo jakoś rośnie, no tak, do rodziny nieco 'szurniętej' taki Hiacynt pasuje. ;) Dopiero się rozwija, jest biały, a jego końcówki jakby pędzlem pomalowane na zielono. Te kwiaty są tu dla mnie, a ja jestem dla nich. Pomagam im urosnąć, dojrzeć, a one pomagają mi dostrzec więcej dobra. Dużo zła się dzieje, ale nie oznacza to, że przymknę oczy na dobro, że przestanę, by to Ono mną kierowało.







Wkoło śniegu pełno. Idę z hermano wąskim chodnikiem w stronę targu. Zaraz przejdziemy koło uroczej kwiaciarni, która obecnie jest pełna zimowych ozdób. Na wprost widzę kobietę i mężczyznę, zaraz będzie trzeba się wyminąć. Niespodziewanie naszą wspólną drogę przecina stado gołębi, lecą tak blisko.
Ja do hermana: Jak bosko, widzisz.
Pan z naprzeciwka: Ja pier....
Pani, jego towarzyszka: 😠



Ten sam moment, zupełnie inne reakcje. To tylko takie małe/duże przesłanie. Dla mnie, dla Ciebie, dla Nich.



Jeśli mimo bólu, wszelakich kłód rzucanych pod nogi potrafisz się szczerze uśmiechnąć i spowodować uśmiech u innych to czas, by samemu sobie zaklaskać, samemu sobie podziękować.

Dziękuję Agnieszko. Do dzieła kochani, podziękujmy sobie. 👏

niedziela, 27 stycznia 2019

Bardzo długo na to czekała. Post urodzinowy. 🎂


Dziesiątego stycznia, choć ponoć dziewiątego, przyszła na świat moja przyjaciółka. Rzecz jasna, wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, nawet mnie na świecie nie było. Chyba czułam, że bratnia dusza się już pojawiła w świecie, to też siedem dni później postanowiłam zrobić to samo.



Tyle lat chodziły blisko siebie, nie wiedziały, że staną się sobie tak bliskie. Minęło już niemal 20 lat.              Długo, a jakby sekunda przeleciała.



Na post ten Sylwia czekała bardzo długo. Chciałam, by pojawił się 10 stycznia, ale pojawia się teraz. Mam nadzieję, że się ucieszy, może nawet zaskoczy, że wreszcie pojawił się wpis o naszej wakacyjnej wyprawie.



Trzy dni pełne wrażeń. Zwiedziłyśmy Hel, naszą główną siedzibę tych wakacji. Byłyśmy również we Władysławowie i w miejscu, które z marszu stało się dla nas jakby bliskie, piszę o Gdańsku. Post z tego miejsca pojawi się nieco później i pewnie będzie pełen zachwytów. hehe



Nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym punkcie na mapie, które zwiedziłyśmy.
Czytajta uważnie, bo ta wyprawa była niesamowita, zaskakująca, niepoważna. Zaczynajmy:
Sylwusia i Agusia weszły do pociągu zacnego. Powędrowały nim poprzez lasy i pola. Pociąg zatrzymał się w miejscu docelowym zwanym... toż zapomniałam... Puck, jak mniemam.
Stanęły na peronie, rozejrzały się wkoło, spojrzały na siebie w milczeniu i powiedziały: 'To co, wracamy?'... 
Weszły z powrotem do tego samego pociągu i tym sposobem znalazły się we Władysławowie.
Takie z nas nietuzinkowe podróżniczki. buhaha






Tak, tak... ten post jest pełen zdjęć. Wszystko, by ucieszyć Sylwinkę balbinkę. No to dawajta teraz parę, bo gdzie to wszystko upchnąć.









Hel bardzo przypadł nam do gustu. Piękne domki, dużo roślinności, bardzo klimatycznie. Oczywiście pierwszego dnia zobaczywszy plażę, żeśmy się nieco zawiodły. Taaa, piszę o tej małej, a nie  o pięknej plaży pełnej magii, którą odwiedziłyśmy ostatniego dnia.
Wracać do domu zupełnie się nie chciało. Piękna pogoda, lekka bryza, choć upał doskwierał niemiłosiernie.
Te dwa wielkie dzieciaki, Flip i Flap, poszły pohuśtać się na huśtawkach. Jedna z nich spadła, ależ było zabawnie.

Poszłyśmy, bo jakżeby inaczej na cypel. Tam chciałyśmy pożegnać się z morzem. Obie czułyśmy się wspaniale, obie chciałyśmy zostać tam nieco dłużej.
Sylwia wyciągnęła Piccolo, ależ z nas pijaczki... wybaczcie, wiem, że nie przystoi damom. haha








Uczciłyśmy naszą wspólną wyprawę, czas wspólnie spędzony. Tylko trzy dni, a my widziałyśmy ogrom, doświadczyłyśmy wiele dobra. Cudne zachody słońca, wyśmienite potrawy, dużo rozmów, dużo wygłupów.
Ja osobiście kocham chodzić brzegiem morza, mogłabym tak godzinami. Kiedyś Wam opiszę wakacje z mamą i to jak na brzegu spotkałyśmy rekina.




Uwielbiam te nasze przyjacielskie odkrywanie świata.














No tak, tylko jedna rzecz mi zupełnie nie pasowała, istny koszmar... zgroza. Mam na myśli bezczelne, krwiopijce komary. Tam to jakieś mutanty latają. Tak mnie pogryzły, że ledwie chodziłam. Strzeżcie się helskich komarów, to prawdziwe mendy.

Tym oto sposobem zakończę ten post, co zdjęć dużo, a też nie chcę przesadzić.



Choć chwilka, chwilka. 
Przeca ja tu muszę wspomnieć o jednej z najlepszych imprez, na jakich byłam.






Zaraz obok naszego domku (z przemiłą właścicielką), stoi sobie mały, bardzo klimatyczny lokal. 
Sylwia zaproponowała, byśmy poszły na szanty i to śpiewane przez prawdziwego kapitana statku. Poszłam i byłam niesamowicie zaskoczona. Przeszliśmy przez próg lokalu i od razu poczułam się swojsko. Kochani, mnie tam totalnie 'odwaliło', śpiewałam na całego, bawiłam się jak nigdy. Sylwinka również była zaskoczona.
Patrzę, nad swoją głową widzę potężny dzwon. Myślę sobie: ' Jakby to było fajnie w niego uderzyć...'.
Dziękować Bogu, że tego nie zrobiłam.
Chwil parę minęło i dźwięk dzwonu rozbrzmiał w mych uszach i nie tylko w mych. ;D
Patrzymy, a na stole pojawiają się kieliszki z wódką. Czyli po to ten dzwon. Kto w niego zabije, ten stawia wszystkim. Uf... upiekło mi się, a ludzi było całkiem sporo.


Wieczór ten chciałabym przeżyć jeszcze raz. Kapitan niesamowicie miły, zabawny. Ludzie rozmowni, przyjacielsko nastawieni. Jeden z najlepiej spędzonych wieczorów, myślę, że Sylwinka się zgodzi.
Dobrze, teraz już kończę ten wpis.
Sylwinko, twórzmy, jak najwięcej takich chwil. Sto lat, to mój prezent mega spóźniony, ale od serca.💝🎂






Do następnego kochani, a teraz pośpiewajmy. ;D